| < Wrzesień 2008 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
Zakładki:
1 procent podatku
MOJE INNE BLOGI:
MOŻESZ POMÓC!
Sklepik :)
Tu kupuję:
Tu zaglądam, to polecam:

Digi-Scrap.PL.

Tworzymy dla chorych dzieci.

niedziela, 28 września 2008
Dość dziwnie wyszywa się choinkę, kiedy za oknem promienne ciepłe słońce. A już szczególnie kontrastuje z pogodą wersja i styl choinki przeze mnie wybrane. Nie szkodzi :) Krzyżyków przybywa, dwie dolne gałązki gotowe.

Co za szczęście, że im bliżej czubka, tym drzewko jest węższe!
sobota, 27 września 2008
Kilka(naście?) lat temu babcia, która słynie z wręczania nietrafionych prezentów, podarowała mi materiał na obrus. Kremowe płótno, o ścisłym splocie, rozmiaru do przykrycia mniej więcej dwóch kanap. Nie zachęciło mnie to bynajmniej do wyszywania. Dajcie spokój, tyle metrów kwadratowych, jasna, niczym nie wypełniona przestrzeń i kompletny brak pomysłów na wzór...

W rezultacie materiał leżał sobie bezużytecznie, a ja przy kolejnych przeprowadzkach wciąż musiałam przekonywać męża, że to się naprawdę jeszcze przyda. Myślicie, że mi wierzył? Akurat.


 
Aż pewnego dnia, w zaawansowanej ciąży będąc, na stronie Kury Domowej zobaczyłam śliczną małą torebkę zszytą z szydełkowych kwadratów. Pomyślałam, że równie ciekawie może wyglądać podobny patchwork z płótna haftowanego w jakiś gustowny wzorek. I dokonałam barbarzyństwa - "napoczęłam" płótno od babci. Trudno, pomyślałam, najwyżej domniemany obrus, o ile się kiedyś za niego zabiorę, będzie mniejszy i nie przykryje dwóch kanap, a zaledwie stół. Wycięłam 13 kwadratów i zaczęłam wyszywać na nich wzorek. Szło topornie, bo nie znoszę powtarzalności i po pierwszej euforii i zachwycie, że powstaje coś ładnego, zwyczajnie zaczęłam się nudzić. Ale - jakby na ironię - zamiast irytować, bardzo mnie to uspokajało, bo gdy wyszywałam, wyciszało się dziecko i nie kopało tak okropnie po żebrach, jak w innych momentach.


Każdy kwadrat został ozdobiony krzyżykowym kwiatkiem w jednym z dwóch odcieni niebieskiego, do tego listki w jednym z dwóch odcieni zieleni, a dla podkreślenia konturów i "dopieszczenia" wzoru - ściegiem za igłą.

To był najpiękniejszy kwiecień i maj jakie pamiętam. Gdybym wykończyła torebkę na czas, pewnie cieszyłabym się nią całe lato, bo taki letni "dizajn" właśnie posiada. Jeden z kwadratów wyszywałam wręcz w dniu porodu - nie wiedząc, że już od kilku godzin rodzę.


Cóż. Nie dokończyłam jej na czas, bo jak się Smyk urodził to czasu na wyszywanie znaleźć nie mogłam. Ale jakoś udało mi się dokończyć wzorki. Potem zrobiłam szydełkiem uchwyty (szydełkowałam podczas karmienia - Smyk na poduszce do karmienia, kordonek na stoliku obok i dawaj).

Kolejna długa przerwa spowodowana była moją niechęcią do zabrania się za zszywanie kwadratów - wszak musiałam zszyć je ręcznie, jako że na maszynie kompletnie wówczas jeszcze szyć nie umiałam. A zatem znów powtarzalność, grrr. Jednak sam proces zszywania, jak się już za to zabrałam, był dużo przyjemniejszy, niż się spodziewałam, wspaniałe miałam wrażenie, gdy patrzyłam jak torebka powoli nabiera kształtu. Skończyłam ją bardzo późnym latem :) Doszyłam niebieski koralik w kształcie różyczki jako zapięcie. Całość ciut nie pasuje do pory roku...



20:34, aneladgam , TOREBKI
Link Komentarze (5) »
czwartek, 25 września 2008
Jak widać dwie notki niżej, bratków na poduszce przybywa powolutku, ale przybywa. W tym tempie powinnam zdążyć ;)

Jednocześnie robię konkursową choinkę, to znaczy mam już stojaczek i jedną gałązkę. Ale te dwie robótki fajnie się robi na przemian, bo jedna jest kolorowa, a druga "monochromatyczna", jedna na sztywnym płótnie, druga na delikatnej kanwie. Tak więc miło się zmienia warsztat, mniej więcej co półtorej doby.

A i tak mogę wyszywać tylko jak moje czteromiesięczne Smyczątko śpi...
wtorek, 23 września 2008
Dzisiaj przyszły moje ukochane, wymarzone, zamówione kanwy. Różne, piękne, inspirujące. I nie ma zmiłuj, zabieram się za konkursową choinkę pani Małgosi :) Już kawałek musiałam spruć, bo dwunitkowa mulina jednak tak sobie wyglądała przy wybranej przeze mnie kanwie i wyszywam trzynitkową. A co to będzie? Zobaczycie 15 października...



niedziela, 21 września 2008
Wszystkie robótki poszły w odstawkę, zwłaszcza te szydełkowe. Mam trzy tygodnie do drugich urodzin mojej chrześnicy i tyleż na zrobienie prezentu.

Dawniej pobiegłabym na trzy dni przed terminem do sklepu i wybrała grę/książeczkę/zabawkę/ubranko... A teraz? Pętla na własną szyję, postanowiłam zrobić coś sama.

Po uśpieniu Smyka Qrczak poszedł na rower, a ja się zaszyłam w wannie z gorącą wodą i stertą pisemek o robótkach ręcznych, w poszukiwaniu natchnienia. I przyszło! Jak Archimedes wyskoczyłam z wanny, otuliłam się szybko szlafrokiem i zabrałam się od razu za przygotowania.

To będzie haft krzyżykowy z przeznaczeniem na ozdobną poduchę. Nie byłam tak szalona, żeby o dziesiątej wieczorem w sobotę szukać czynnej pasmanterii, więc kolory dobrałam z tego co miałam w pudełku. Postaram się kolejne etapy zamieszczać, może mnie to samą zmobilizuje :)

W przerwach wykańczam jesienną torebkę. Z czym zdążę?

Pierwszy etap(22.09): efekt dwóch wieczorów.

po kolejnych dwóch dniach:



czwartek, 18 września 2008
Historia powstania tej zabawki sięga czasów niemal zamierzchłych. Moja o trzy lata młodsza siostrzyczka, kiedy była jeszcze zupełnie malutka, dostała od mamy wielkiego, naprawdę wielkiego węża. Wtedy nie było jeszcze tych Ikeowskich maskotek, mama jednakże posiadała maszynę dziewiarską i na niej to pracowicie wydziergała kwadraty, z których zszyty został wąż. Wążol. Wążysko. Nawiasem mówiąc, do dziś dnia Ula brzydzi się węży i wszystkiego, co się wije. Ja zresztą też. Kilka lat temu w Walentynki mąż zabrał mnie i naszą przyjaciółkę do Zoo - uparli się wejść do terrarium, co skończyło się tym, że musieli mnie wziąć pod ręce i prowadzić, bo za skarby świata nie chciałam otworzyć oczu. Hehe.

Nie wiem, co mnie w takim razie kopnęło (czyt. natchnęło), żeby dla mojego bąbla również zrobić węża. Nie aż tak gigantycznego, jak Tamten, ale jednak swoje ma. W każdym razie doszłam któregoś poranka do wniosku, że dziecka nie da się wychować bez fajnego, mięciutkiego węża.


Po zimie, jak zwykle aktywnie przeze mnie spędzonej, zorientowałam się, że w czterech z pięciu par moich ukochanych podkolanówek, cieplusich, miękkich i kolorowych, pojawiły się dziury w palcach przynajmniej jednej skarpetki. Zderzyły się we mnie dwa silne uczucia, wypadkowa czasów, które tak dobrze pamiętam oraz czasów, które tak silnie dziś pukają do drzwi i okien. Innymi słowy: "niczego nie wyrzucać, bo przydasię" oraz "bez sensu to cerować, skoro są wszędzie do kupienia". I tak sobie leżały i leżały, aż w ostatni piątek zawzięłam się.

Mam pewną cechę typową dla kilkuletnich dzieci - im bardziej jestem zmęczona, tym za więcej rzeczy się zabieram. Piątek był ostatnim dniem mojego pierwszego tygodnia w pracy po powrocie z macierzyńskiego. Możecie mi wierzyć, słaniałam się na nogach. Naturalną koleją rzeczy, zaczęłam segregować ubrania w szafach, sprzątać, a także realizować porozpoczynane w stu miejscach projekty. Dla podkolanówek wybiła ostatnia godzina.

Stopy odcięte były już dawno, pozostała kwestia zszycia i wypchania kolejnych segmentów. W sobotę w południe ten etap był już zamknięty. Ale żeby było mało, uparłam się doszyć głowę z wyszytymi oczami i gębulą (jakoś naklejane mnie nie satysfakcjonowały) i na całej długości ogona ponaszywać łaty w różnych kolorach i różnej faktury. Niech dzieciak ma za co szarpać.

No i te łaty... Mili moi, majstersztyk. Wyciągnęłam do tej pory nie używaną maszynę do szycia, którą dostałam 2 lata temu pod choinkę. Stała sobie w kanciapie, bo nie miałam odwagi jej użyć. Ale doszłam do wniosku, że łaty to jest na tyle nieszkodliwa sprawa, że mogę na nich się zacząć wprawiać :) Mąż poparł stanowisko i wspólnie zaczęliśmy rozgryzać instrukcję obsługi. Skończyło się na tym, że szyć na maszynie nauczył się najpierw mąż, potem on nauczył mnie, zaczęłam obrębiać łaty, a mąż naszywał je ręcznie na węża :)

Efekt:




19:05, aneladgam , ZABAWKI
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 września 2008
Jestem w trakcie wyszywania pierwszego w życiu większego obrazka krzyżykami. Historia jego powstania to temat na osobną opowieść, a szacowany czas powstania to około 40 lat, zatem tylko nadmienię, że wyszywam na kanwie bez wydruku. Pani w pasmanterii sprzedała mi kanwę ze sporym marginesem, a obrazek - jak się w trakcie wyszywania okazało - zajmie dużo mniej miejsca, niż się spodziewałam, tak że pozostał mi po prawej stronie i u dołu bardzo szeroki margines.

Z lat już nieco dawnych pozostał mi jeden wysoce uciążliwy nawyk: niczego nie wyrzucać! Uciążliwy, ponieważ "przydasie" walają się wszędzie, dopóki się ich nie wykorzysta lub nie uporządkuje (to pierwsze przy nadmiarze pomysłów jest trudne, to drugie przy roztargnionym sposobie bycia niewykonalne; ale pracuję nad sobą ;)). Niczego nie wyrzucać, ale do czego wykorzystać kilkucentymetrowe ścinki kanwy? Strzępi się to i w ogóle...

A jednak dobrze, że ich nie wyrzuciłam. Przez stronę Kura Domowa trafiłam na stronę ze wzorami do haftu krzyżykowego dla dzieci. Ściągnęłam wzorek konika na biegunach i wyszyłam go na dwóch prostokątach kanwy. Kolory dobrałam po swojemu z tego, co akurat miałam w pudełku z muliną. Nie chciało mi się latać do pasmanterii po dokładnie takie same kolory, jak we wzorze, a poza tym to są malutkie obrazki i znów by mi zostały kłębiące się motki "przydasiów".

Wyszyte koniki wycięłam i naszyłam na białą czapeczkę i białego bodziaka mojego synka :) Jednak da się wyszyć coś dla chłopca :) Proszę, oto komplecik, który powstał jako rezultat pozostawienia "przydasiów":



Tak sobie teraz myślę, czy nie lepiej byłoby przyfastrygować kanwę bezpośrednio do materiału,

wyszyć wzór a potem kanwę wyciągnąć (nitka po nitce, skoro się tak strzępi)...

Tylko czy lewa strona haftu nie "gryzłaby" maluszka?
piątek, 12 września 2008

Żeby nie było, że tylko szydełko mnie inspiruje :)

Cztery miesiące temu zostałam mamą przeuroczego smyka. Chociaż cały czas powtarzałam i będę powtarzać, że bez różnicy, czy chłopczyk, czy dziewczynka, byle zdrowe było, to jednak po tych czterech miesiącach zaczął mnie dręczyć jakiś szczególny niepokój. Oczywiście, znów niecierpliwość łap!

Koleżanka z forum podesłała mi link do wyprzedaży w super sklepie Uva (genialne ubranka, polskie, świetnie uszyte). Nakupowałam ubranek dla synka, ale nie mogłam się oprzeć i... no puknąć się w głowę, i kupiłam trzy bieluchne sukieneczki :) Z falbaną z batystu. Na co mi sukieneczki, kiedy mam najpiękniejszego w świecie synka?

A na to, żeby się wreszcie igiełką powyżywać. Jakoś dziewczęce ciuszki bardziej pobudzają mi wyobraźnię, więcej można na nich wyhaftować, a może po prostu jestem zbyt ograniczona, żeby haftować chłopięce ubranka? 

Nie da się ukryć, że na kwiatki wybrałam najprostszą technikę: ścieg łańcuszkowy, tak zwane 'margerytki'. Ponieważ batyst na sukience był cieniutki, zdecydowałam się wykonać deseń jednonitkową muliną. 'Margerytki' są o tyle miłe w wykonaniu, że od spodu wyglądają jak śniegowe gwiazdki, więc i lewa strona haftu wygląda ładnie.



Dumna z dzieła pokazałam sukienkę mężowi. A ten, niewiele myśląc: "Przydałoby się coś zielonego". Nie mogłam odmówić mu słuszności, a w dodatku "głos ludu" się liczy. Listki były bardziej skomplikowane i to one mi zajęły więcej czasu. Ze cztery razy prułam wszystko, bo wychodziły mi nie takie, jak chciałam i w ogóle do niczego się nie nadawały. Aż w końcu, zdaje się, utrafiłam Najpierw zaznaczyłam ciemnozieloną nitką kontur. Potem ściegiem za igłą wypełniłam kontur jasnozieloną muliną, a na koniec obszyłam kontur rzadkim ściegiem sznureczkowym.

A potem długie godziny spędziłam nad lewą stroną haftu, żebym nie musiała się jej wstydzić, gdy wiatr powieje falbaną :)

Tak czy inaczej, po dwóch tygodniach oto efekt:



czwartek, 11 września 2008


Zawsze cierpiałam na ten syndrom, ale dopiero po przeczytaniu Pratchett'owskiego "Kota w stanie czystym" poznałam jego nazwę: "niecierpliwość łap". O tak, cierpię na niecierpliwość łap, która to niecierpliwość każe mi zaczynać piętnaście robótek na raz, złościć się, że idą zbyt powoli (no jasne, gdybyś, dziewczyno, się nie rozdrabniała, to szłyby szybciej), a potem nudzić się śmiertelnie przy ich wykańczaniu.

Jak już pisałam, nie umiem korzystać ze wzorów. Zwłaszcza przy szydełkowaniu. Biorę szydełko, włóczkę lub kordonek i... i się zaczyna oszalały taniec wyobraźni i palców. Czasem przychodzi mi pomysł na jakąś robótkę i nie spocznę, dopóki jej przynajmniej nie zacznę. Uciążliwe to bywa w nocy, kiedy muszę się wytoczyć spod kołdry, zmylić czujność Qrczaka, znaleźć w kłębowisku włóczek to, o co mi chodzi - a potem nie dostrzegam upływu czasu, pochylona nad jakimś dziwnym stworem wyłaniającym się z kłębka. Tylko uporczywy ból karku jest w stanie - czasem! - odciągnąć mnie w takiej chwili od szydełka.

W ten sposób powstały ośmiornice. Stworzyłam je, gdy byłam szesnastolatką, aby sprzedawać je w charytatywnym sklepiku podczas pewnego ogólnoeuropejskiego spotkania. Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że ludzie aż tak na ich punkcie oszaleją.

Jakieś pół roku temu, w siódmym miesiącu ciąży, kiedy już niewiele poza szydełkowaniem było w stanie mnie uspokoić, wróciłam do ośmiorniczek. Proste, nieskomplikowane, a przeurocze. Zaczęłam je robić z różnych materiałów i różnej wielkości, a w ten sposób "dorobiłam się" ośmiornicowych broszek, kolczyków i pacynek...



środa, 10 września 2008
Zaczęło się od szydełka i liliowej włóczki. Robiłam przez cały Adwent aniołki na choinkę (ale o tym przy innej okazji) i faktura włóczki zaczęła mnie kusić w zupełnie innym kierunku.

Wyobraziłam sobie ten delikatny kolor odcinający się od czarnego materiału i zamarzyła mi się oryginalna "mała czarna". Dniami i nocami myślałam o kroju spódniczki, rodzaju ramiączek, zdobieniach, wykończeniach... aż w końcu nabyłam dość grubą, czarną tkaninę. Nie umiem szyć na maszynie ani korzystać z wykrojów, więc wszystko robiłam ręcznie, było to intuicyjne i nie dawało żadnej gwarancji wygranej :)

W celu uzyskania mniej więcej pożądanego rozmiaru zaznaczyłam na tkaninie kształt mojej ulubionej, jak dotąd, sukienki. Jednakże ta miała się od niej różnić - nie była elastyczna, nie była długa i nie była obcisła. Mniej więcej zaznaczyłam linie cięcia fastrygą i ruszyłam dalej. Spódniczka w szwach miała być rozcięta, postanowiłam wstawić w rozcięcia kliny z tego samego materiału - w ten sposób, dzięki sztywności materiału, otrzymałam kształt kielicha kwiatu, dokładnie taki, jaki sobie wymarzyłam. Analogicznie, krój ramiączek miał przypominać przekrój przez kielich kwiatu. Nic prostszego, nadałam im kształt dwóch zbiegających się trójkątów, co po obrębieniu dało rzeczywiście zaokrąglony kształt kwiatu.

Sukienka miała trzymać się na wstędze wykonanej szydełkiem. Wstęga wyszła mi ciut za krótka, ale poradziłam sobie z tym naszywając ją bezpośrednio na materiał, a przerwę między jej końcami wykorzystałam na wykonanie mini-gorseciku z szydełkowego łańcuszka.


Taki sam łańcuszek naszyty z przodu sukienki w malownicze esy-floresy złamał "żałobną" czerń sukienki. Uszytej ręcznie, ścieg za ściegiem.

Wystąpiłam w tej sukience raz, na weselu koleżanki :) Ale co tam, liczyła się satysfakcja z wykonanego zadania. Dobrałam do niej przejrzysty czarny szal i liliową broszkę, a specjalnie na tę okazję dokupiłam liliową opaskę na włosy - mnie się tam efekt podobał :) Sukienka wisi w szafie i czeka, aż wrócę do figury sprzed ciąży... Albo aż komuś wpadnie w oko ;)



08:01, aneladgam , UBRANIA
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2