| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1 procent podatku
MOJE INNE BLOGI:
MOŻESZ POMÓC!
Sklepik :)
Tu kupuję:
Tu zaglądam, to polecam:

Digi-Scrap.PL.

Tworzymy dla chorych dzieci.

ZAKŁADKI

sobota, 22 listopada 2014

Uświadomiłam sobie, że przez tę przerwę ciężko mi będzie zamieszczać wpisy krótkie, bez wyjaśniania całej historii powstania danych upominków. Jednakże zaskoczona tym, że pisać mam dla kogo (!), z przyjemnością Was pozadręczam opowieściami.

 ***
Staramy się co najmniej cztery razy w roku wyjechać gdzieś ze Smykami. Nie tylko dlatego, że uwielbiamy podróże, ale przede wszystkim z powodu Smyka, któremu kontakt z naturą jest bardzo potrzebny. Z każdych takich "miniwakacji" wraca z nowymi umiejętnościami, widzę gołym okiem, że potrzebuje takiego wyciszenia po intensywnej terapii i rehabilitacji.

Długi majowy (tak, majowy) weekend spędziliśmy w Górach Izerskich. Szwagier polecił nam wspaniałe miejsce, nietypowe, wyjątkowo klimatyczne... To Galeria Kozia Szyja, o której napisać mogłabym cały poemat. Gospodarze są niezwykle serdecznymi ludźmi; pani Agata prowadzi cudowne warsztaty z ceramiki, a oprócz tego gotuje jak anioł; pan Leszek jest charyzmatycznym przewodnikiem i urodzonym gawędziarzem. Uwielbiają zwierzęta i to właśnie w ich zwierzakach zakochały się Smyki po uszy.

Dlatego, kiedy wybierałam miejsce na długi weekend listopadowy, nie zastanawiałam się długo. Zarezerwowaliśmy noclegi na poddaszu przy galerii i mogliśmy tylko sobie tego pogratulować. Widok twarzyczek dzieci, kiedy zobaczyły to tak lubiane przez siebie miejsce, a już zwłaszcza, kiedy przywitały się z menażerią... tego się nie da opisać słowami. Żółw Stefan, psy Miłka i Crazy, gromada kotów i - koza. Koza Freya, hit wyjazdu.

Nazwa galerii i osobiste spotkanie z kózką zainspirowały mnie do przygotowania specjalnego upominku dla naszych gospodarzy. Kózki wyszywałam jeszcze na stacji w Górzyńcu:



Po powrocie do domu oprawiłam w skromne "ramki", dodałam wstążki i w poniedziałek wybiorę się ze Smykałką na pocztę, by mogła osobiście wysłać zakładki.

 


 

Kłopot w tym, że Smykałka zażyczyła sobie, żebym uszyła jej poduszkę w takie same kózki. Więc? Mama łaps! za igłę i do roboty...

środa, 02 listopada 2011

Spieszę pocieszyć wszystkich, którzy czekają od tygodni na przesyłki ode mnie. Od poniedziałku poszła w świat większość z nich (jeszcze RR-y muszą chwilkę wytrzymać, ale wyszywam je sukcesywnie, choć powoli) i pierwsza już dotarła na miejsce, ku memu zaskoczeniu. A niemałą satysfakcję sprawia mi fakt, że również ku zaskoczeniu odbiorcy! No tak, od  połowy sierpnia mógł już piętnaście razy zapomnieć, że wygrał małą zgadywankę u mnie; ale ja nie zapomniałam.

Początkowo głowiłam się nad nagrodą, bo chociaż z bloga Ani to i owo o Marcinie wiedziałam, to jednak jak połączyć te oderwane informacje w jakąś sensowną całość? Natchnienie przyszło w sobotę na warsztatach Kwiatu Dolnośląskiego - na tradycyjnej już giełdzie wypatrzyłam papier w smoki. Tego mi było trzeba! Skoro miałam już bazę, dodatki weszły mi w ręce same - potrzebowałam zaledwie spokojnego niedzielnego poranka, by stworzyć taki oto drobiazg:



W poniedziałek nie pracowałam, więc popołudnie mogłam wreszcie poświęcić na pójście na pocztę (od kiedy dzieciaki na przemian chorują, zwyczajnie nie miałam fizycznej możliwości nadania czegokolwiek), tak że wysłałam kilka pierwszych z zaległych przesyłek, a także złożyłam reklamację odnośnie do paczki wspomnianej we wcześniejszym wpisie.

Jestem bardzo przyjemnie zaskoczona, że zakładka dotarła do Kłodzka już dzisiaj - a miło mi tym bardziej, że się spodobała. Oj, jakie to fajne uczucie!

sobota, 25 czerwca 2011
Qrczak dostał od Smyka na Dzień Ojca zakładkę. Wyszywaną. Fakt, pokazywałam synkowi gdzie ma wbić igłę, pomagałam wcelować, on właściwie tylko przeciągał ją na drugą stronę materiału, ale co nie powiedzieć, miał udział w tworzeniu tego dzieła! To znaczy przy tworzeniu napisu (pod koniec całkiem prawidłowo trzymał już igłę), materiał zszyłam bez asysty.

Prościutka, ale Qrczak ma do niej wielki sentyment, zabiera ją ze sobą w poniedziałek na pierwszy długi samotny wyjazd od czasu pojawienia się dzieci i jak go znam, to ile razy na nią popatrzy to zatęskni. I dobrze, tęsknota nie jest zła, choć bywa trudna.

Żeby nie przeciągać:





Smyk powiedział też po cichutku prosty wierszyk. Mówi nadal bardzo niewyraźnie i niedużo, ale wiecie co? TATA ZROZUMIAŁ!!!

***
Smykałka jest bardzo wysoko w rankingu, z głębi serca dziękuję za dotychczasowe głosy, każdemu z osobna i wszystkim razem! Kto jeszcze ma chęć, to do 11 lipca można raz dziennie zagłosować TUTAJ.
piątek, 11 marca 2011

"Bosman przełaził przez zwaloną kłodę i dla utrzymania równowagi oparł się o pień stojącego przy ścieżce dębu. Naraz pod naporem jego potężnego cielska skruszyła się kora i ręka aż po łokieć wpadła w spróchniałe drzewo. Marynarz przestraszył się, że sędziwy “staruszek” może runąć lada chwila, wielkim skokiem znalazł się w bezpiecznej odległości od pnia, lecz wtedy właśnie otarł się o skarłowaciałą, kolczastą palmę. Zaklął, szybko cofając pokłutą rękę. Tomek podbiegł do przyjaciela, by pomóc my wydobyć wbite w dłoń kolce.

- A cóż to za piekielne nasienie?! - burczał marynarz. - Niby to palemka, a szczerzy kły jak kaktus!

- W gąszczu tajgi nie można tak skakać na oślep - powiedział Tomek. - To dalekowschodnia aralia, swego rodzaju osobliwość w tych stronach...

- Daj mi święty spokój z botaniką - ofuknął go bosman. - Łeb już mam naznaczony przez przeklęte meszki, a teraz do kompletu napuchnie mi łapa".


"- Jak to mi się zdawało? - odpowiadał podniesiony głos. - A rondelek to co? Skąd się wziął pod progiem? Duch go przyniósł? W moim pokoju nikogo nie ma. Zobaczyłam dobrze. Tylko u was mógł się ukryć.
Dopiero teraz Stefan zorientował się, że to sublokatorka, o której często opowiadał Bartek. Dziwaczka jakaś, bardzo nie lubiana przez wszystkich Niedźwiedzkich, hodująca i kochająca tylko swoje kaktusy".

"Największą namiętnością jej serca były kaktusy i miała ich już imponującą kolekcję, nieco ostatnia zaniedbaną, którą należało uporządkować. Jedne z nich powinny były rosnąć dziko, z dowolną ilością odrastających na wszystkie strony rozgałęzień, drugie zaś miały być pilnowane i hodowane jako pojedyncze. Jedne miały stanowić swobodnie rozrastający się gąszcz rozmaitych pomieszanych gatunków, drugie powinny być pooddzielane, każdy w innej doniczce. Pozostawione samym sobie od wiosny kaktusy rosły na razie w sposób sprzeczny z zamierzeniami i najwyższy czas był pohamować ich działalność.
Podjąwszy tę decyzję Okrętka przyniosła od dawna przygotowaną ziemię i wysypała ją na gazety na środku pokoju. Na inne gazety obok zaczęła wysypywać niepotrzebną ziemię z doniczek. Przewidując rozsadzanie, przyniosła też sobie nowe doniczki i dookoła porozstawiała całą swoją kolekcję. Pokój przybrał wygląd oranżerii w stanie remontu.
Z jednej z doniczek zbity kłąb korzeni nie pozwalał się wyjąć bez uszkodzenia roślinki, szczególnie, iż był to kaktus, którego dotykanie było absolutnie niewskazane. Rosnące kępkami igiełki, tak drobniutkie, że niemal niewidoczne gołym okiem, wbijały się w skórę na mur przy najlżejszym dotknięciu i kłuły tygodniami. Nie sposób było się ich pozbyć."

A jednak kaktusy podobno dają się lubić.
Dla fana kłujących sukulentów, a zarazem zapalonego czytelnika, powstała mała zakładka w prezencie urodzinowym:




Oczywiście, jak przychodzi co do czego i potrzebuję tematycznego wzoru, w konkretnym rozmiarze, kolorystyce i, że tak powiem, rozdzielczości, to wychodzi na to, że muszę go zaprojektować sobie sama. Na szczęście tym razem sprostałam zadaniu i ponoć ucieszyłam jubilata.

A swoją drogą, może ktoś pokusi się o odgadnięcie z jakich książek pochodzą wymienione fragmenty? Może bez Google'a się komuś uda? To powieści dla dzieci i młodzieży, ale przyznam się bez bicia, że nadal takie czytuję.