| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Zakładki:
1 procent podatku
MOJE INNE BLOGI:
MOŻESZ POMÓC!
Sklepik :)
Tu kupuję:
Tu zaglądam, to polecam:

Digi-Scrap.PL.

Tworzymy dla chorych dzieci.

Z DZIECKIEM

czwartek, 17 maja 2012

Tak podejrzewałam, że moje zamilknięcie miało związek z ogólnym przemęczeniem. Nie ukrywam, pracuję bardzo dużo w tym roku, ciągnę kilka ważnych spraw równocześnie, a Smykałka okazuje się bardziej absorbującą osóbką niż jej braciszek. Temat wypadku, któremu uległa, część z Was zna, na blogu napiszę szerzej już jak wszystkie jego skutki ustąpią. Na razie nie mam siły.

Dodam tylko, że na tydzień przed wyjazdem oboje dostali jakichś żołądkowych sensacji, czy to była jelitówka, czy rotawirus, nie mam pojęcia, dość, że załamałam się zupełnie, bo sądziłam, że już nigdzie nie wyjedziemy. A Qrczak też potrzebował odpoczynku z dala od miasta, biurka, komputera...

No i udało się! Wyjazd, który wymyśliliśmy jako wspólny prezent na drugie urodziny Smykałki i czwarte urodziny Smyka, okazał się najlepszym możliwym upominkiem. Spędziliśmy dziewięć dni w naszych ukochanych górach, robiliśmy wielokilometrowe wycieczki...





... i krótkie spacery też...





... bawiliśmy się popołudniami przy domu...






... rozwijaliśmy zainteresowania...






... odkrywaliśmy, że w Czechach też wreszcie zaczęły się pojawiać atrakcje dla dzieci przy restauracjach...




... a nawet na stokach!




... po prostu - cieszyliśmy się swoim towarzystwem:







Wróciliśmy odprężeni, chociaż fizycznie oczywiście zmęczeni. Już mam ochotę na następny wyjazd, a póki co pokażę zdobycze wykonane i nabyte w Jesionikach:






A jeśli ktoś ma jeszcze niedosyt zdjęć, to zapraszam do galerii Qrczaka:

DŁUGI WEEKEND W JESIONIKACH




piątek, 26 sierpnia 2011
Przez najbliższy weekend będziemy się włóczyć po Śląsku Cieszyńskim. Rano wyjeżdżamy, tak że w poniedziałek oczekujcie kolejnej relacji z podróży. Jak napisałam przy okazji zamieszczania tego deseru, jak na rodzinę, która nie posiada samochodu, wszędobylskie z nas stwory. Zjedźcie z nami przedtem ostatnie już nasze działkowe poziomki (kliknięcie przenosi nas na Smykowy Smak):





Chciałam przedtem wspomnieć, że zapisałam się do Barboorki na Wymiankę z dzieckiem w tle, serdecznie zachęcam do dołączenia - posiadanie dziecka nie jest do tego wymagane. Zapisywać można się do końca sierpnia.

A na koniec muszę koniecznie pochwalić się bransoletką, którą zrobił mój synek! Przygotowałam długi drucik jubilerski i pompony; on mi je po kolei podawał, żebym nakłuła je na drucik (robiłby to sam, ale były jakieś takie mocno zwarte w środku i ciężko drut przez nie przechodził), po czym toczył je paluszkami aż się zatrzymywały na poprzedniku. Chichotał przy tym do wypęku.

Na koniec dorobiłam zapięcie i uformowałam mniej więcej okrąg. Z dumą będę ozdobę nosić, choć sama trochę bym bardziej zaszalała z układem małych i dużych pomponów.




Nie bez przyczyny wybrałam tylko te dwa kolory, ale mam nadzieję następnym razem dać Smykowi większe pole do popisu.

czwartek, 18 sierpnia 2011
Tak trochę z przekąsem ten tytuł wpisałam, bo nie zgadzam się z dość popularną opinią, że robótki ręczne to zajęcie niemęskie. Zdziwiona byłam, gdy poprzednio wspomniałam o zakładce, którą Smyk zrobił dla taty, że osoba, którą bardzo szanuję, a za jej pracami wręcz przepadam, użyła tego sformułowania (dla ścisłości, nie zmieniło to niczego w moim stosunku do niej, nadal bardzo ją lubię, poruszam tu tylko kwestię tego nieszczęsnego słowa).

A przepraszam, niby dlaczego? Dlaczego nie zaskakuje artysta-fotograf, rzeźbiarz, grafik, fryzjer, projektant, a hafciarz już tak? Czy rzeczywiście użycie igły zamiast pędzla lub dłuta czyni tworzenie niemęskim? Jeśli tak, to czy w Pisanicy chłopcy są zniewieściali? Wszak u Grażki, w fantastycznym klubie "Igiełka", wiele prac zostało stworzonych przez chłopców, którzy, śmiem twierdzić, nie muszą się kryć przed kolegami, żeby ich nie wyśmiali. Podejrzewam, że nie tylko tam chłopcy próbują swoich sił, zresztą z naprawdę niezłymi rezultatami.

Smyk obserwuje od dłuższego czasu moje potyczki z igłą, fascynuje go to, chce spróbować - i co, mam mu powiedzieć: "Ty tego nie rób, to dla dziewczyn"? "Zaczekaj aż siostrzyczka podrośnie, ona będzie mogła z mamą wyszywać, ty nie"? Ależ chyba język by mi odpadł, gdybym coś takiego powiedziała! Wspaniałe ćwiczenie na małą motorykę (Smyk tego bardzo potrzebuje, bo rączki ma mało wyćwiczone, rysować nie lubi), koncentrację, dobór kolorów, staranność, obserwowanie relacji przyczyna-skutek, a jak jeszcze pokażemy jak można wykorzystać stworzone dzieło (lub dziełko), to nauka zostanie zwieńczona w najlepszy z możliwych sposobów.

I miałoby to być przywilejem wyłącznie dziewczynek? Nie u mnie! Brata nauczyłam, nauczę i syna.

PS 1 Wiem, że nie wszyscy się ze mną zgodzą. Nie jest to dla mnie problem. Obserwując jednak pewną tendencję ostatnio na blogach, by niepochlebne opinie zamieszczać anonimowo, proszę o jedno - miejcie odwagę się podpisać. Nie zranicie mnie pisząc, że gadam bzdury. Zranicie i zniesmaczycie, jeśli asekuracyjnie ukryjecie się w komentarzu anonimowym.

PS 2 Podkreślam jeszcze raz, osoba, która zainspirowała mnie do napisania tego tekstu, w żaden sposób nie straciła w moich oczach. Przeciwnie, napisała to, co sądzi, co bardzo sobie cenię!



czwartek, 10 marca 2011
Zimą dostałam od Mamynicolki wielką pakę wspaniałych prezentów. Wśród nich znalazł się zestaw do robienia pięknych kwiatowych ozdób - gotowe kwiatki z umieszczonymi na płatkach otworami-szlufkami, wstążeczki w rozmaitych pastelowych kolorach oraz dodatkowe elementy do zdobienia na przykład kartek.
 
Zaprosiłam ostatnio Smyka do wspólnego przeplatania wstążeczek (przykleiłam jeden koniec wstążki u spodu kwiatka, wstążki wcześniej opaliłam, żeby się nie strzępiły, po czym pokazałam Smykowi na czym polega cała zabawa i jaki jest jej efekt). Smykowi bardzo się takie tworzenie spodobało! Przy drugim wykonywanym kwiatku, gdy wsuwał wstążkę w otwór z jednej strony (ja kwiatek trzymałam, żeby Smykowi ułatwić działanie), drugą rączką od razu chwytał po drugiej stronie wystającą końcówkę, bez odwracania kwiatka! Nie znam się, ale jak na niespełna trzylatka to chyba nie najgorzej.

Kwiatki Smykowi dawkowałam - po dwa lub trzy danego dnia, żeby się nie znudziły zbyt szybko. A i tak chciał więcej! Zachęcam Was bardzo do takiej zabawy z dziećmi, przygotować ją nietrudno - wystarczy wymyślić i wyrysować odpowiednie kształty, podziurawić wedle uznania, dopasować wstążki czy sznureczki i do dzieła! Gotowe ozdoby można wykorzystać na różne sposoby. My zrobiliśmy z okazji Dnia Kobiet
mini-bukiety dla pani psycholog i dla pani od muzykoterapii. Obie bardzo się ucieszyły, pochwaliły Smyka za wykonanie, zwłaszcza za to, że ładnie się przy tym koncentrował (najpierw napisałam "konspirował" i zastanawiałam się co mi nie gra...).









A dwa kwiatki posadziłam na takiej grządce:





To zawieszka na drzwi do pokoju Smyka i Smykałki, zgłaszam ją na wyzwanie "Home sweet home" do Szuflady.

Baza - denko od pudełka po chusteczkach "zdekupażowane" kremową chusteczką higieniczną w pastelowe serduszka. Ramki własnego pomysłu, koniecznie białe.
sobota, 27 listopada 2010
Freestyle, czyli styl dowolny - tak nazywamy wraz z moją mamą lekcje, które prowadzimy "spoza programu". W naszej szkole poszczególne jednostki lekcyjne są ściśle rozpisane, ale jest szaleństwo w tej metodzie - pozostawiono miejsce na inwencję nauczyciela, a dla mnie to bardzo ważne.

Lekcje "dowolne" sprawdzają się, gdy spora część grupy nie dotrze na lekcję. Tak było w ostatni wtorek, z pięciorga dzieci przyszło tylko dwoje. Aby później nie umawiać się na uciążliwe odrabianie dokładnie tego samego materiału z trzema osobami, przeprowadziłam właśnie freestyle. Powtórzyliśmy na różne ciekawe sposoby wiadomości o figurach geometrycznych, a ukoronowaniem lekcji było wspólne wykonanie zawieszek, ozdobionych różnymi figurami geometrycznymi w wypraktykowany już przeze mnie sposób:






***
Osoby, które wzięły udział w konkursie literackim - upewnijcie się, czy dopełniliście wszystkich warunków! To konieczne, bym wzięła Was pod uwagę w jutrzejszym losowaniu!
poniedziałek, 15 listopada 2010
Wróciliśmy wczoraj po południu z jednego z najpiękniejszych zakątków Czech, z miejsca, gdzie przeżywałam kilka lat temu najgorsze chwile swojego życia, a jednocześnie z miejsca, które dla mnie i Qrczaka na zawsze już pozostanie magiczne. Umieszczając jedno ze zdjęć na Naszej Klasie napisałam "Rok bez Jesioników to rok stracony" - nie przypadkiem. Czy zimą, na biegówki, czy wiosną, latem, jesienią, kochamy te góry i postaramy się tę miłość zaszczepić też naszym dzieciom. Na razie chyba nie narzekają na wędrowny tryb życia rodziców.

Zdjęć wiele nie ma, bo robiłam głównie aparatem analogowym, tak że na odbitki jeszcze trochę poczekam. Ale co się udało wybrać, to można zobaczyć tutaj. To jest moje ukochane:





Muszę się pochwalić, że na wyjeździe dostałam od męża śliczną drobną pamiątkę - pierwszy w życiu naparstek, porcelanowy, z obrazkiem jednego z najładniejszych zabytków Jesenika. Może to początek kolekcji?

Na wyjeździe miałam sporo czasu, żeby podgonić tłumaczenie (mieć komputer a nie mieć Internetu okazało się zbawienne dla pracy), wyszywałam, ale niespodzianki, więc nie mogę pokazać, a oprócz tego spędzałam z rodziną mnóstwo czasu razem, na spacerach, bo pogoda dopisywała. I uwaga! Od powrotu Smyk i Smykałka śpią w jednym pokoju! Z konieczności zajęliśmy w Lipovej jeden duży pokój, zamiast podwójnego apartamentu (budynek był w trakcie ocieplania) i okazało się, że nie musimy ich już tak non stop odseparowywać od siebie nawzajem!

Smyk zaprasza na pierniczki świąteczne, wstawiliśmy je w środę przed wyjazdem, bo ciasto musi mieć kilka tygodni, by dojrzeć.

***
Z zaległości jeszcze - nie pokazywałam zdjęć z wrześniowego wyjazdu do Iławy i Kwidzyna na wesele w rodzinie Qrczaka. Nie wiem czy jest sens je jeszcze podlinkowywać, tak że pokażę tylko pierwszy walc Smykasi:



poniedziałek, 08 listopada 2010
Na blogu "A tak się bawimy" znalazłam pomysł na plasteliną zdobiony lichtarzyk. Początek listopada nie sprzyjał jeszcze takiej zabawie, był słoneczny i wesoły, zapraszał do wyjścia z domu; ale już ostatnia sobota była prawdziwie listopadowa - pochmurna, szara, ciemna. Jednak w listopadzie czegóż się spodziewać? Zamiast zwieszać nos na kwintę i narzekać na pogodę, spróbowaliśmy rozjaśnić sobie ten dzień na różne sposoby.

Przed południem zabrałam Smyka do biblioteki miejskiej, gdzie przygotowywałam inscenizację historyjki "Urodziny dinozaura". Miała się nim zająć moja mama, podczas gdy ja prowadziłam prezentację. Po powrocie zjedliśmy smakowity obiad, a potem, gdy Qrczak ze Smykałką wybrali się na deszczowy spacer, Smyk i ja wymyliśmy słoiczek po zupce marchewkowej Smykałki, wzięliśmy plastelinę i spędziliśmy urocze chwile na oblepianiu go bez ładu i składu. Smyk sam wybierał kolory i wielkość odrywanych kawałków, ja tylko pomagałam uklepywać warstwę plasteliny na słoiczku. Tak się prezentował lichtarzyk po ukończeniu:





A tak z zapaloną wieczorem świeczuszką:





Miły dzień zakończyliśmy upieczeniem pachnącego ciasta, która następnego dnia ponieśliśmy do moich rodziców na degustację. Zaś w dobrym zdrowiu podtrzymuje mnie kupiony na Festiwalu Dyni syrop z kwiatów dzikiego bzu, żałuję tylko, że nie kupiłam siedmiu słoików.

***
Przyszło już z Patchwork Shop zamówienie, a w nim podkładki do herbaty - komplecik kupiony z myślą o Was, to właśnie ta niespodzianka, którą wraz z naklejkami widocznymi na zdjęciu przeznaczam na drugą nagrodę pocieszenia (już jest ponad 20 osób).


poniedziałek, 01 listopada 2010
"Ależ Wrocław jest zielony!" - wykrzyknęła pewnego lata moja koleżanka z Radomia, gdy odwiedziwszy nas wspięła się na pobliskie wzgórze i zamiast widoku, którego się spodziewała (blokowiska, fabryki) zobaczyła wokół siebie morze zieleni. Tak, Wrocław jest zielony, mnóstwo tu parków, działek, łąk, pól i ogrodów. Trzy parki mamy w pobliżu naszego mieszkania. Po jednym z nich spacerowaliśmy w sobotę idąc na grób mamy mojego męża. Pogoda była śliczna, tak że sporo czasu spędziliśmy na dworze. Próbowałam zachęcać Smyka do zbierania liści, żołędzi i patyczków, ale nie podobało mu się - wszystko odkładał z powrotem.

Nazbierałam więc różnych drobiazgów sama i wczoraj przy współudziale Smyka wykonałam stroik na grób mojego dziadka. Cmentarz jest w pobliżu i bywamy tam w ciągu roku, ale tak sobie obejrzałam różne wiązanki i stwierdziłam, że miło będzie zrobić ozdobę razem ze Smykiem, opowiadając mu przy okazji o pradziadku, który jego narodzin nie doczekał. Tak się cieszył z mającego przyjść na świat prawnuka, tak na niego czekał... Ale jestem pewna, że to jego wstawiennictwo uratowało życie Smykowi, przeznaczonemu przez lekarkę na śmierć.

Taki stroik wykonać jest bardzo łatwo, zachęcam do takiej artystycznej zabawy z dzieckiem przy różnych okazjach i przy użyciu różnych elementów. Plastikowy pojemnik wypełniliśmy do połowy masą solną, w tej masie Smyk porobił patyczkiem dziurki (nie wiem po co, po prostu chciał). Jeśli ozdoba ma być do wykorzystania w domu, to pojemnik może być równie dobrze kartonowy. Następnie w masę powkładaliśmy, lekko wciskając, zebrane szyszki, żołędzie, patyczki, gałązki, liście uwite w różyczki. Dla ożywienia koloru dorzuciliśmy czerwone koraliki. Aby zamaskować plastikowy brzeg stroika, owinęliśmy całość zielonym sizalem, tworząc gniazdko. Prawda, jakie to proste? A że nie najpiękniejsze na świecie, to co z tego?









niedziela, 19 września 2010
Wygrana za konkurs zwierzątkowy dotarła już do Anety, tak więc mogę pokazać, co w nagrodę wykonał Smyk (przy pomocy mamy, oczywiście).

Jest to prosta wełniana zakładka, którą może wykonać nawet małe dziecko, a większe może wykazać się kreatywnością, pokombinować i urozmaicić swoje dzieło.

Potrzebny nam będzie prostokątny kartonik, mocny klej i kolorowa włóczka pocięta na odcinki nieco dłuższe niż szerokość kartonika:





Kartonik smarujemy stopniowo klejem (większe dziecko może zrobić to samodzielnie), następnie przyklejamy pasemka włóczki gęsto jedno pod drugim, aż pokryjemy całą długość kartonika:





Następnie czekamy aż klej wyschnie. Odcinamy wystające kawałki włóczki i - gotowe!





Spód zakładki możemy podkleić kolorowym papierem (ja użyłam papieru do pakowania prezentów) lub wykonać drugą identycznej wielkości zakładkę i skleić je "lewymi stronami".

Zakładkę robi się szybko, a wygląda bardzo "przytulnie". Na nadchodzącą porę roku w sam raz. W ten sam sposób możemy ozdobić okładkę zeszytu, notes, ramkę na zdjęcia, podkładkę pod kubek... zastosowań są setki!
sobota, 11 września 2010
A teraz, dla chętnych, parę słów o naszych wakacjach (uprzedzam, będzie długo; ale wpis nie zniknie, więc jeśli ktoś będzie chciał do niego wrócić w bardziej sprzyjającej chwili, zapraszam). Nie znajdziecie tu egzotycznych palm, luksusowych basenów, cudów świata, piramid owoców ani spienionych zielonych fal. Nie znajdziecie budowli z pierwszych stron przewodników, lazurowego nieba ani złotego nieskalanego piasku. Czy znajdziecie coś dla siebie?

W poniedziałek 30 sierpnia zapakowaliśmy bagaże - niedużo tego wyszło: ubranka dzieci zmieściły się w luku nosidła, nasze ubrania i reszta akcesoriów do jednego plecaka. Qrczak niósł Smyka w nosidle na plecach i pchał wózek ze Smykałką, ja niosłam plecak. I tyle, na 6 dni nie potrzebowaliśmy nic więcej. No, może jednego - słońca. Zazwyczaj przed odjazdem mówi się: "A, byleby pogoda dopisała, to już wszystko będzie dobrze". Nie da się ukryć, piękna pogoda jest ozdobą wakacji, jednym z najmilej wspominanych akcentów urlopu. A co, gdy jej zabraknie? Gdy, tak jak nam, pisany jest wyjazd w deszczu, wietrze i chłodzie?

Ostatni dzień sierpnia, a pierwszy dzień naszego wyjazdu, nie rokował dobrze. Do pociągu szliśmy w deszczu, na stacji docelowej powitał nas ziąb i wiatr. Powitała nas też uśmiechnięta pani Małgosia, która już trzeci rok z rzędu nas gościła i wyjechała po nas na stację. Qrczak wrócił od razu do Wrocławia, na szczepienie przeciwalergiczne, a ja z dwójką maluszków zostałam dowieziona do naszego ulubionego pensjonatu w głębokim lesie. Dzieci były śpiące, głodne, ja niewyspana, za oknem lało. Udało mi się w miarę szybko ululać Smyka, ale niestety, Smykałka wybudziła go zbyt szybko i przez kolejną godzinę oboje wyli, na przemian albo razem. Miałam dość, w myślach rzucałam mięsem, chciałam wracać do domu.

W końcu nakarmiłam Smykałkę, śpiewając przy tym ulubione piosenki Smyka, żeby go nieco udobruchać. Mała usnęła, a nam humory poprawił dobry obiad. Późnym popołudniem dojechał już do nas Qrczak i od tej pory sprawy szły już tylko lepiej. Choć pogoda nadal była nie najlepsza - zimno i wiatr, chociaż tyle, że bez deszczu. A czwartego dnia pobytu nawet zaczęło przygrzewać słońce! Niestety był to jedyny taki dzień. A mimo to...

Smyk całymi dniami ganiał po dworze, Smykałka też dużo czasu spędzała w wózku pod dębem lub świerkiem, a czasem w malwach:





Nie zabrakło, pomimo zimna, rowerowych wycieczek moich chłopaków:




... ani też zabaw i gonitw z miejscowymi pieskami:





Mama w spokoju wyszywała:




Tata też znalazł czas na relaks:




Chcieliśmy kupić Smykowi zjeżdżalnię i ustawić na podwórzu, żeby móc go w jednym miejscu choć na pół godziny zatrzymać, ale niestety (czyżby? chyba na szczęście) w pobliskim Strzelinie nie było takich rarytasów i musieliśmy się zdać na własną wyobraźnię przy organizowaniu czasu Smykowi. Na szczęście miałam ze sobą magiczny zielony woreczek od Gazyni, który to woreczek zabieram ze sobą na każdy spacer, a tym razem oddał nieocenione usługi. Spytacie, jak w takim niewielkim woreczku zmieścić rozrywki na tydzień dla dwulatka? Ależ da się!





Proszę, oto dwa paski karbowanej bibuły, tak zwanej krepiny, która znakomicie zastępowała latawiec w wietrzny dzień (o tyle lepsza od latawca, że mała rączka świetnie taką krepinę chwyci, a jej trzepotanie daje olbrzymią radochę!):







W woreczku zawsze mam też szkło powiększające (oglądamy ślimaki, kwiatki, mrówki, kamyki, własne ręce, buty, piach... WSZYSTKO; dla Smyka ma to tę dodatkową korzyść, że ćwiczy jego koncentrację, z którą ma kłopoty):





A może zgadniecie do czego służy zajmujący tak niewiele miejsca kłębek wstążek?





Związujemy je w długie pasmo i przeskakujemy razem:





Lub osobno:




Układamy równolegle:





I ćwiczymy skoki i biegi:





Albo też przywiązujemy je do różnych roślin, tak by utworzyły wierzchołki trójkąta, i biegamy od jednej do drugiej, nazywając je i ćwicząc w ten sposób pamięć, mowę i koncentrację:





Taki mały woreczek, a to przecież nie wszystkie ukryte w nim skarby. Jeszcze bańki mydlane!





Jak widać, szaleństw nie brakowało, a i bez tych akcesoriów nie narzekaliśmy na brak wyobraźni. Były tańce:





Gonitwy:





Posiłki na świeżym powietrzu:





Samoloty:





Tarzanie:





Akrobacje:





Wygłupy:






Głębokie spojrzenia w oczy:










Ach, mogłabym tak opowiadać i opowiadać. Wieczorem, po szalonych dniach, kładłam się ze Smykałką na wielkim łóżku, karmiłam ją i przysłuchiwałam się, jak Qrczak czyta Smykowi "Opowieści z magicznego lasu". Za oknem ciemność choć oko wykol, popiskiwanie sów, szum wiatru, krople bębniące o parapet, a u nas, w dużym pokoju, przy ciepłym świetle małej lampki płynęły zaczarowane historie o elfach, wróżkach, olbrzymach... Dzieci zasypiały, a my schodziliśmy na kolację i gorącą herbatę do małej, zacisznej kuchni.

Co zapamiętam z tych wakacji?
Roześmiane oczy Smyka wspinającego się na wysoki pieniek.
Małego kudłatego psiaka wyciągniętego na trawie obok moich stóp.
Qrczaka całującego Smykałkę na "dzień dobry" w aksamitną rączkę.
Wygodny fotel na piętrze, pod oknem, w miejscu wymarzonym do robótek.
Piski dzieci konkurujących kto głośniej się roześmieje.
Pierogi leniwe pana Wojtka, z własnorobną surówką.
Wyszywanie przy kominku.

Czy naprawdę słońce na urlopie jest takie niezastąpione?



 
1 , 2