| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Zakładki:
1 procent podatku
MOJE INNE BLOGI:
MOŻESZ POMÓC!
Sklepik :)
Tu kupuję:
Tu zaglądam, to polecam:

Digi-Scrap.PL.

Tworzymy dla chorych dzieci.

W TRAKCIE

środa, 30 kwietnia 2014
piątek, 28 marca 2014

Powoli, ale rośnie. Wycisza mnie i uspokaja. No, chyba że akurat pomylę któryś z dziesięciu odcieni beżu...



sobota, 15 marca 2014

Bez słów. Bo nie wiem, co Wam napisać. To moje rozliczenie z czymś, co mogło być, ale nie będzie. Ćśśś... Mówmy o samym wyszywaniu.

 


poniedziałek, 20 stycznia 2014

Dziękuję wszystkim za doping!

Uświadomiłam sobie właśnie, że nie napisałam, co mnie zmotywowało do odgrzebania mojego UFO (unfinished object). A właściwie, kto mnie zmotywował. Otóż były to dwie osoby. Pierwszą z nich była pani, która odkupiła ode mnie ramę do haftu. Rama się u mnie nie sprawdziła; wygodniej wyszywa mi się, gdy trzymam kanwę w ręku, a w dodatku przerzuciłam się na małe obrazki, więc rama tylko zbierała kurz. Pani, która ją wzięła, pokazała mi kilka swoich prac... przyznam, że usiadłam z wrażenia. Jednocześnie dostałam "kopa", spłynęła na mnie ponownie chęć dokończenia anielicy.

Drugą osobą, która mnie zainspirowała, był bratanek Qrczaka. Będąc niegdyś z wizytą u rodziny, wyszywałam kaczorka Witzy (tego z żółwiami, który wylądował na poduszce Smykałki). Janek badawczo się przyglądał postępom w obrazku, zadawał dociekliwe i sensowne pytania, po czym okazało się, że połknął bakcyla! Kończy właśnie wyszywać swojego pierwszego Witzy (ambitny wybór na rozpoczęcie wyszywania!), a ja... No cóż, nie mogłam przecież rozsiewać zarazy, a samej się jej nie poddać, prawda?

Anielica ma już wałek futra u dołu sukienki. Wyszyłam go, zanim się załamałam. A czym? A tym, że zorientowałam się, iż każdy z trzech kwiatków w czterech rogach kanwy oraz każdy z czternastu kwiatków zdobiących wstęgi spływające z wieńca, ma być ozdobiony czterema węzełkami, znanymi jako "French knots"...

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!



czwartek, 16 stycznia 2014

Trzeciego grudnia zamieściłam ma blogu to zdjęcie:

 

I mimo słów zachęty, tak ten obrazek zostawiłam. Nie wiem, na co liczyłam - może na to, że sam się zrobi? Dokupiłam mulin na skrzydła, po czym spędziłam kilkanaście dni na szukaniu innej nici, tej do wypełnienia wzoru na trenie. Znalazłam ją jakoś w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia i tak naprawdę dopiero wtedy ruszyłam z pracami.

 

 

W uroczystość Trzech Króli zakończyłam zdobienie płaszcza:

 

Zaskoczona byłam tym, ile czasu mi to zajęło. Patrząc z daleka odnosiłam wrażenie, że jest tego niedużo, a jednak potrzebowałam silnego dopingu, by wzór dokończyć. Ukończywszy zaś, mogłam zabrać się za doszywanie futrzanych elementów stroju:

 

wtorek, 03 grudnia 2013

Czy ktoś ją jeszcze pamięta?
Kanwa wymięta.
Od dwóch lat nietknięta.

Jak obstawiacie, na jakim etapie poddam się tym razem?

poniedziałek, 04 lipca 2011
Po pierwsze, żałuję, że się dowiedziałam, że na wyszywanie tych obrazków mamy po dwa miesiące, a nie jeden. Byłabym go skończyła w maju, a tak to cały czas odkładałam, odkładałam, aż nadszedł ostatni tydzień czerwca, a ja miałam tyle:





Wydawałoby się, że "tylko pokolorować", ale tu się właśnie wkrada "po drugie". Po drugie, ząbkująca Smykałka jęczy całymi dniami. Któregoś popołudnia, Smyk zajął się klockami, a Smykałka z bliżej nieznanego powodu siedziała cicho. Zamiast poczuć się zaalarmowaną (wszak cisza w domu oznacza, że dzieci na bank coś broją), ja w błogim spokoju dopijałam herbatę, zadowolona, że mam pół godziny bez uciążliwych dla mojego układu nerwowego dźwięków. No cóż. Kiedy się zabrałam za nakładanie koloru na obrazek, szybko się zorientowałam, co było przyczyną ciszy.

Muliny do różnych RR-ów mam poukładane w osobnych pudełkach, dzięki czemu nie mylą mi się, zawsze widzę, czy mi którejś muliny nie zaczyna brakować, usprawnia mi to pracę i pozwala na spokojne wyszywanie. Otóż do tych pudełek dobrała się zafascynowana Smykałka. Nie zorientowałam się, że drzwi do sypialni zostawiłam otwarte i malutka dziewczynka zanurzyła się w tym całym eldorado. Wymieszane wszystko. Banderolki z oznaczeniami pościągane. Całość porozciągana po pokoju. Cóż, przyznaję, obwieściłam Smykałce, że nie powinna się dobierać do mamy rzeczy, ale złego słowa nie usłyszała. Moja wina, że nie dopilnowałam.

Porządkowanie mulin i dopasowywanie numerów zajęło mi dwa dni. Skończyłam układać dzień przed obowiązkowym terminem ukończenia obrazka. Byłoby to do zrobienia - ale gdy wieczorem kończyłam obrazek "kolorować" okazało się, że zginął motek muliny w jednym z odcieni żółtego i dwa ostatnie elementy musiały poczekać do piątku, aż będę w pobliżu pasmanterii z nićmi DMC. Dokupiłam, wyszyłam, kontury były banalnie proste, więc szybko nałożyłam i dziś, z czterodniowym opóźnieniem wyślę (w sobotę nie zdążyłam na pocztę).

Kanwa Susan wygląda w tej chwili tak:





Ja wyszywałam na niej ten obrazek:





Jako że notka i tak już jest długa, to wyjaśnienie będzie krótkie, a co. Wszystko co jest mobile, jest przenośne, ruchome, no mobilne po prostu. Mobile phone na przykład to telefon komórkowy. Teatr objazdowy też będzie mobile. Mobile home - przewoźny dom? Poniekąd. Przyczepa mieszkalna. Spać się w tym da, poruszać się porusza. A widzicie gdzieś na tym obrazku przyczepę? Ja też nie. Ale mobile to też po polsku mobila, nie wiem czy robiliście na zajęciach praktyczno-technicznych w podstawówce takie ozdoby wiszące, które poruszał prąd powietrza. Taką zawieszkę właśnie prezentuje nam ten obrazek, a ukłonem w stronę słowa home są elementy w kształcie domków. Ot, tyle.

A najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że jak tylko zakleiłam kopertę z kanwą w środku, kompletnym przypadkiem znalazłam zaginioną mulinę...
... w bucie.

niedziela, 10 kwietnia 2011
Tak, wiem, że obiecałam zdjęcia podarków (w międzyczasie dotarła jeszcze całkowicie zaskakująca przesyłka od Madziorka), ale co ja poradzę, że się aparat wściekł? A jak już go ugłaskałam, to padły baterie. Więc zdjęcia nadal nie zrobione, muszę ratować się zdjęciami zaległych prac.

Jedną z nich jest czwarty już obrazek w RR "Słownik domów". Moim zdaniem najładniejszy, choć obrazek piąty depcze mu po piętach. Cieszę się, że mogłam go wyszyć na kanwie Kasi, organizatorki. Przy okazji uśmiałam się, bo dopiero z notesu właścicielki dowiedziałam się, że na wyszywanie tych obrazków mamy po dwa miesiące, a nie miesiąc. I w ten sposób, choć obawiałam się, że zrobię kilkudniowe opóźnienie, wysłałam kanwę, jak się okazuje, kilka tygodni przed czasem.

Muszę przyznać, że dziewczyny ostro się sprężają - jest już u mnie kolejna kanwa, którą mam uzupełnić do końca czerwca... Oczywiście zrobię wszystko co w mojej mocy, by było to wcześniej, wszak ktoś się tylko ucieszy jak dostanie swój słownik szybciej. Będę sobie wbijać do głowy, że na wyszycie jest miesiąc i w ten sposób utrzymam dotychczasowe - niezłe! - tempo.

Ad rem. Home sweet home, czyli "dom, słodki dom".

Czy potrzebny jest jakiś komentarz?





Tak się prezentowała plama bez konturów (proszę, nie piszcie, że "jednak kontury dużo dają"; są wzory, które bez konturów się nie obejdą, bo tak zostały zaprojektowane, ale są też wzory, które osiągają pełnię wyrazu bez kreseczek, bo autorzy uzyskali zamierzony efekt za pomocą tylko i wyłącznie krzyżyków; tak więc oczywiste jest, że w tych słownikach kontury muszą być, czy się nam to podoba, czy nie). Choć są w tym obrazku wyjątkowo skomplikowane w porównaniu do poprzednich domków, to jednak wyszywałam je z przyjemnością, a oczy mi się śmiały do tych słodkości.





I jeszcze rzut oka na kanwę Kasi tuż przed wysłaniem:



sobota, 19 lutego 2011
Najchętniej nie pokazywałabym tej torebki i nie wyjaśniała znaczenia podpisu. Podjęłam się na samym początku wspólnego wyszywania, że obrazki omówię w osobnych notkach, ale wszystko we mnie stawia opór, kiedy muszę przekazać coś, przeciwko czemu burzy się mój rozum, serce i poczucie humoru. Może przesadzam z reakcją, ale jakoś wyjątkowo mi to nadepnęło na odcisk.

Nie śmieszy mnie ten dowcip, nie urzeka ta torebeczka, nie zachwyca koncept i uważam, że w tym lekkim i zabawnym słowniku akurat ona jest po prostu nie na miejscu. Nie podoba mi się nawiązanie do modnych nie tak dawno zapędów, by małe pieski traktować jako dodatek do stroju, prezentować się na oficjalnych imprezach ze zwierzakami ubranymi pod kolor płaszcza damulki, tudzież butów lub biżuterii.

Dlatego będzie krótko, bez erudycyjnych ozdobników. Dog - "pies", doggy to przymiotnik, powiedzmy "psi", chociaż nie do końca to jest to samo. Ale to już są niuanse. Oprócz tego doggy oznacza też kogoś nadmiernie wystrojonego (zwróćcie uwagę na ckliwy róż tej torebki, połączony ze złoceniami; zęby bolą od samego patrzenia), a także coś podrzędnego. Jest to też pieszczotliwe określenie na pieska.

Doggy bag to nazwa papierowej torebki na resztki jedzenia, którego nie zmogliśmy w restauracji; również kartonowego lub styropianowego pudełka, do których pakuje się jedzenie na wynos. Wiecie skąd ta nazwa? Stąd, że niby klient zabiera resztki, by nakarmić psa.

Obrazek nie był trudny do wyszycia, z konturami zajął mi trzy dni. Niestety, choróbsko, które się przyplątało, wpłynęło na opóźnienie wyszycia i ode mnie słownik Maknety odjechał z sześciodniowym poślizgiem, 14 lutego. Co może nie jest takie przerażające, gdy sobie uświadomimy, że to była torebka do wyszycia w... listopadzie.

Tak wygląda bez konturów:





Tak z konturami:





A tak w towarzystwie niemal wszystkich torebek:




niedziela, 12 grudnia 2010
Błyskawiczny k. rozstrzygnął się, jak nazwa wskazuje, błyskawicznie, a ja miałam dylemat co do przyznania nagrody. Pierwszą prawidłową odpowiedź podała Kinia1979, ale Trzydzie-stolatka była tak blisko, że właściwie można uznać jej odpowiedź za pierwszą... Oczywiście z biało-błękitnych róż powstał nie przewijak, a pokrowiec na przewijak, ale może to tylko skrót myślowy? Postanowiłam więc nagrodzić obie panie! Kinia, Twój adres mam, do Ciebie pojedzie nieco inny chustecznik, ale też w błękitne kwiatuszki, Trzydzie-stolatkę zaś proszę o adres na mail! Wszystkim dziękuję za prze-cu-dow-ne komentarze, mam nadzieję, że Gazynia je przeczyta, bo tylko dzięki jej kursowi odważyłam się spróbować.

***
Tak przeglądam swoje wpisy i widzę, że nie zamieściłam zdjęcia kolejnego domku w słowniku, który wyszywałam w listopadzie. No to się poprawiam! Wyszywałam tym razem na kanwie Agnieszki (której nick tak mnie boli, że staram się go nie używać; jak to możliwe, że tak śliczna i ciepła dziewczyna wybrała nick Brzydula?!). I był to Home sick:





Tak wyglądał bez konturów:





Jak widzicie, obrazek jest smutny... bo i dom jest smutny. Home to "dom", sick to "chory". A jeśli ktoś jest homesick (które to wyrażenie jest przymiotnikiem), to oznacza, że tęskni za domem. I ten dom jest taki zapomniany, opuszczony, wybite szyby, wypaczone drzwi, oberwane dachówki... Tu i tam jakieś plastry, tabletki, syropy... Ale trawnik ma równiutko przystrzyżony, jedno okno - i to na parterze - całe, a ktoś zatroszczył się na tyle, by te leki, a nawet łyżkę, tam przynieść. Niebo nad nim też błękitne. Może jest dla tego domu jeszcze jakaś nadzieja?





***
A coś Wam po cichutku zdradzę, ale tylko kawalątek... Najprawdopodobniej pod tym wpisem padnie... .... ......

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7