| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
1 procent podatku
MOJE INNE BLOGI:
MOŻESZ POMÓC!
Sklepik :)
Tu kupuję:
Tu zaglądam, to polecam:

Digi-Scrap.PL.

Tworzymy dla chorych dzieci.

KULINARNIE

piątek, 17 września 2010
Na siódme wyzwanie szufladowe zgłosiłam:



Opis powstania i więcej zdjęć na moim drugim blogu - na którym gotuję razem ze Smykiem. Wystarczy kliknąć na zdjęcie, a przeniesiemy się prosto do notki o tym, jak zinterpretowałam wyzwanie.

poniedziałek, 14 czerwca 2010
Jak po wielu tygodniach deszczu z radością powitałam słońce i ciepło, tak po fali upałów z rozkoszą obudziłam się dziś przy dźwiękach kropel deszczu bębniących o parapety. Wielką ulgę przyniosło mi ochłodzenie, a i dzieciom wyraźnie łatwiej funkcjonować. Rzeźwy zapach powietrza dodał mi energii i werwy.

Minus deszczowej pogody był taki, że nie mogliśmy pójść do ukochanej przez Smyka piaskownicy, ale że Smykałka przed południem ładnie zasnęła, postanowiłam zorganizować Smykowi piaskownicę zastępczą. Mąkownicę.

Od dawna planowałam, że będę ze Smykiem realizować przepisy z otrzymanej od Tali książeczki "Dzisiaj piekę ja!", ale najpierw przeszkadzał mi rosnący brzuch, potem "pierwsze koty za płoty" ze Smykałką, a ostatnio te koszmarne upały. Wolałam wystawić Smykowi miednicę z wodą na balkon, niż prażyć go dodatkowo w kuchni.

Ale dziś udało nam się pobawić nareszcie i upiec przy okazji przepyszne mufinki marchwiowe. Smyk z lubością przesypywał rączkami mąkę, zmielone orzechy i startą marchew, uczyłam go przy okazji przelewania i przesypywania produktów z pojemnika w pojemnik, powtarzając - zgodnie z zaleceniami terapeuty - proste polecenia zarówno pełnymi słowami, jak i onomatopejami.

Błąd w pierwszej minucie (przygotowanie zbyt małej miski) kosztował mnie dodatkowe odkurzanie grubej warstwy mąki z podłogi, ale kto by się tym przejmował? Chwilę później wydobyłam największą z misek, jakie posiadamy, wówczas praca i zabawa ruszyły pełną parą.

Zdziwienie ogarnęło mnie jedynie na widok ilości przygotowanej masy... Miało wyjść 12 ciasteczek, a wyszło...





... 36!

I kto to będzie teraz jadł? Smykowi pozwalamy zjeść jedno, najwyżej dwa, dziennie, ja z orzechami na razie się wstrzymuję ze względu na karmienie Smykałki (no dobrze, zjadłam dwie babeczki, ale teraz czekają mnie dwa dni obserwowania czy nic się nie dzieje), zostaje zatem Qrczak, który poświęci swą bynajmniej nie nienaganną linię, byle "dar Boży się nie zmarnował".

A, co nam poszło bardzo prosto, to lukrowanie - Smyk już się wyszkolił w posługiwaniu się pędzelkiem (na malowankach wodnych). Proszę jaki szczęśliwy:









Jak widać na zdjęciach, marchwiowe mufinki przywołały słońce z powrotem!

***
Jeśli ktoś będzie zainteresowany przepisem, to podam bardzo chętnie przy okazji kolejnej drzemki Smycząt.

sobota, 29 maja 2010
Bez zbędnych wstępów ogłaszam wyniki Truskawkowej Zgadywanki.

Pytanie brzmiało "Co Aneladgam zrobiła z tej oto tkaniny?":





Odpowiedzi były przeróżne, skoncentrowane głównie na skojarzeniach kulinarnych, choć pojawiły się też propozycje wdzianek, pościeli, śliniaczków... Jednak najczęściej powtarzały się podkładki pod talerze. Dziękuję wszystkim, którzy zechcieli wziąć udział w tej zgadywance, a że sezon na truskawki niedługo się rozpocznie, to choć osobiście nie będę mogła wziąć w degustacji udziału, wszystkim życzę smacznego! W dodatku mam teraz nieodpartą chęć spróbować uszyć z tego wszystko, co wymieniliście, a na ile mi tkaniny starczy.

A teraz pora na odpowiedź...

Uwaga...

Otóż mnie też te truskawki nastroiły kulinarnie, można rzec. W dodatku żółciutka tkanina idealnie korespondowała z moimi żółtymi szafkami w kuchni. A ponieważ od kiedy tu mieszkam nie zdążyłam jeszcze wykonać do kuchni nic własnoręcznie robionego, zdecydowałam się spróbować uszyć...





... parę kuchennych rękawic.
Spód nawet spróbowałam przepikować:





Specjalnie uszyłam jedną prawą i jedną lewą, ponieważ Qrczak jest leworęczny, ja praworęczna, a czasem przydaje się osłonić jednak obie ręce. Do ideału im daleko, bo nie umiem jeszcze tkaniny przyciętej pod kątem zeszyć tak, by fałdy się nie robiły. Lamówkę przyszyłam ręcznie, bo maszyny jeszcze nie oddałam do regulacji. A ocieplina chyba jednak powinna być podwójna - o ile garnek czy czajnik zdejmujemy z ognia bez problemu, o tyle z wyjęciem czegoś z piekarnika mamy kłopoty.

Gdzież zatem zwycięzcy zgadywanki?

Odpowiedź "rękawica" pojawiła się tylko w jednym komentarzu:





Do autorki tegoż wędruje truskawkowe ciastko-igielnik na filcowej podkładce (choć nie wiem, czy pani Ada igłą włada; ale gdyby nie władała, toby tu nie zaglądała):





ALE TO NIE WSZYSTKO!

Broń nas Panie Boże przed zbędną dosłownością. Dwie osoby odgadły funkcję, jaką tkanina pełnić będzie, a choć nie użyły słowa "rękawica", to jednak były na tyle blisko, że postanowiłam dla nich też coś wykonać:





Te mini-notesiki, tak zwane scrapuszka, oczywiście też z truskawkami, to pierwsze w mojej karierze. Wędrują do:





I to też nie wszystko!!!
Wiem, że zasady były jakie były, ale naszła mnie nieodparta chęć zmienić zasady na korzyść uczestników i pomimo trzech nagrodzonych komentarzy wyłonić drogą losowania jeszcze jedną osobę!

Losy zostały pocięte i wymieszane:





Qrczak sięgnął:





Wylosował:





I oto mamy kolejną osobę, do której szczęście się uśmiechnęło:





Tylko że dla Gazyni muszę dopiero wymyślić nagrodę, bo nie przewidziałam, że aż taki róg obfitości się otworzy.
Proszę o adresy (Gazyni mam, AdusiekW chyba też, Brzyduli chyba też, ale wyślijcie na wszelki wypadek, Blaksabat na pewno nie mam).

A dla wszystkich na osłodę przepis na kruche ciasto z truskawkami, przepyszne, zarówno ze świeżymi, jak i z mrożonymi owocami! Przepis zawdzięczam Jagandrze, podaję go dokładnie w takiej wersji, jaką przekazała:

Kruche ciasto z truskawkami

Składniki (ja robię z podwójnej porcji, wychodzi duuuża blacha):
20 dag maki pszennej, pół kostki tłuszczu, 1 łyżka śmietany, 2 żółtka, 1/4 szklanki cukru, pół płaskiej łyżeczki proszku.

Masa: 2 szklanki truskawek, 2 białka, pół szklanki cukru pudru, pół paczki cukru waniliowego.

Mąkę z proszkiem i tłuszczem posiekać nożem, dodać żółtka, cukier, śmietanę i zagnieść szybko ciasto. Uformować kulę i włożyć na 20 minut do lodówki.
Następnie wylepić ciastem formę i piec w mocno nagrzanym piekarniku ok. 20 min.
W trakcie pieczenia zmniejszyć gaz. Ciasto wyjąć z piekarnika i odstawić do wystygnięcia.

Masa: ubić pianę z białek, dodając cukier puder. Pokrojone w ćwiartki truskawki wymieszać łyżką z pianą i cukrem waniliowym. Wyłożyć masę na upieczone ciasto i zapiec jeszcze przez ok. 15-20 minut. Można podawać ciepłe.



SMACZNEGO! I dziękuję za wspaniałą zabawę!


środa, 12 maja 2010
Bardzo Wam dziękuję jeszcze raz za wszystkie życzenia, wzruszyły nas bardzo, to taki ważny dzień był dla nas! Każdy dzień jest ważny, ale niektóre z nich celebruje się bardziej odświętnie, a wtedy miło jest widzieć tyle życzliwych osób wokół siebie.

W podziękowaniu zdradzę Wam sekret ciasta-piłki nożnej, którego ozdobienie co prawda nie wyszło tak, jak sobie wymarzyłam, ale dostałam podpowiedź jak to zmienić na przyszłość. Sekretem jest... upieczenie go w dużej misce blaszanej!

Przepis na biszkopt, który wychodzi mi zawsze, brzmi: 7-8 białek ubić na sztywno (robię to mikserem, chyba że Smyk śpi, to wtedy trzepaczką; raczej nie malakserem, bo nie rośnie wtedy ładnie, pęcherzyki piany wyjdą zbyt równe i ciasto nie jest pulchne). Gdy są ubite na pianę, dodać szklankę cukru oraz torebkę cukru waniliowego i poubijać jeszcze chwilę, aż przestanie "zgrzytać". Dodać żółtka z rozbitych wcześniej jaj i jeszcze chwilę ubijać. Na koniec dodać szklankę mąki i wymieszać drewnianą łyżką lub łopatką. Moja babcia dodaje jeszcze łyżeczkę proszku do pieczenia (żeby nie zapeszyć), ale dla mnie to zbędny dodatek.

Jak wspomniałam, ciasto przelałam do natłuszczonej i wysypanej bułką tartą michy (nie wiem czy nie lepiej użyć papieru do pieczenia, chyba łatwiej później wyjąć):






Wstawiam do chłodnego piekarnika, który nastawiam na 180 stopni i tak sobie powoli ciasto nagrzewa się razem z piekarnikiem. Zazwyczaj piekę około 40 minut, ale piekarniki są różne, więc po pół godzinie trzeba zajrzeć i ocenić jak sprawa postępuje. Po upieczeniu,  ostygnięciu i wyjęciu z miski, przełożyłam dżemem brzoskwiniowym:




Tort oblałam kremem też najprostszym: śmietanę-kremówkę ubijam mikserem i pod koniec ubijania, jak już wyraźnie gęstnieje, dodaję tężejącą galaretkę (uwaga, tężejącą, nie stężałą; tylko tężejąca wtopi się gładko w śmietanę i powstanie krem bez grudek; krem z grudkami, który wyszedł nam tym razem, też jest smaczny, ale nie tak efektowny). Można do smaku dodać jeszcze cukier waniliowy. Następnie zamierzałam ułożyć na kremie pięciokąty z czekolady, ale przygotowane wcześniej figury pokruszyły się niestety i efekt był mizerny. Udało się z pozostałych kawałków ułożyć mniej więcej jeden oraz paski zaznaczające sześciokątne łaty piłki:




Potem rozpuściłam całą torebkę czekolady w proszku w odrobinie gorącej wody i tym "cementem" naprawiłam powierzchnię wzoru. Krem posypałam jeszcze wiórkami kokosowymi i wstawiłam całość do lodówki, żeby ładnie się trzymało. Nadal efekt nie był ten, co wymarzony, ale dziadek Smyka (mój tata) odgadł natychmiast, co tort miał sobą przedstawiać:



Już mi się marzy, że na trzecie urodziny z tortu tego samego kształtu zrobię bezludną wyspę...

czwartek, 06 maja 2010
Przynajmniej do września spokój ze szkołą. Zobaczymy co dalej. Na razie cieszę się tym, że jak Qrczak wraca do domu, to mogę odpocząć, robótek trochę podłubać, czasem nawet ponanosić trochę poprawek na doktorat, a nie muszę zrywać się, w biegu coś przegryźć i na lekcje pędzić.

Wczoraj właśnie ostatnie zajęcia przeprowadziłam, a koleżankom, które przejęły moje grupy, w ramach podziękowania zaniosłam tort i kwiaty. To znaczy tort w kwiaty. A właściwie kwiaty w torcie. No takie coś:





Nie prezentuje się to najpiękniej w silikonowej formie, ale nie zdążyłam zrobić lepszego zdjęcia, bo jak raz wczoraj Qrczak był w delegacji i musiałam Smyka zabrać ze sobą. A wtedy są ręce pełne roboty.

Tort jest biszkoptowy, nasączony esencją z herbaty brzoskwiniowej, na wierzchu krem cytrynowy, a w krem wetknięte pieczone róże. Przepis na różyczki jest stąd: Mniam-Mniam.

To co, ma ktoś ochotę na taki kawalątek? Smyk wrąbał dwa, jak go "ciocie" w szkole zaczęły faszerować, tak nie odpuścił:




poniedziałek, 18 stycznia 2010



Piec te ciasteczka nauczyłam się dwanaście lat temu. Spotykałam się wtedy z siedem lat ode mnie starszym klarnecistą i wszelkimi sposobami starałam się rozwinąć w sobie jakiś talent. Wypadło na kulinarny - po pierwsze, by przez żołądek, tradycyjną drogą, zapaść mu w serce i w pamięć, a po drugie, by... zaimponować czymś jego mamie.

Nie rzucałam się na skomplikowane przepisy, w obawie, że - miast zaimponować - narażę się tylko na frustrację. Za to chciałam, by moje wypieki były oryginalne i efektowne; mama mojego ówczesnego wybranka stawiała poprzeczkę wysoko. A że na spotkania najprościej było mi zapakować parę ciasteczek, w tym właśnie kierunku rozwinęły się moje, wówczas jeszcze niewielkie, umiejętności kulinarne.

Te ciasteczka okazały się hitem i przez jakiś czas żadne przyjęcie w moim rodzinnym domu nie mogło się bez nich obyć. Potem, gdy nadeszły inne czasy (czytaj: zaczęłam pracować i nie miałam tyle wolnego, co dawniej), przerzuciłam się na ciasta, bo szło to szybciej - formować nie trzeba, tylko bach! do pieca.

Nie piekłam tych ryżowych kuleczek od wielu lat. W niedzielę jakoś tak mnie na nie naszło... Niestety, okazało się, że przez te lata określenie "opakowanie kleiku ryżowego" zmieniło wymowę, co z kolei spowodowało zupełne rozpłynięcie się ciasteczek! Zgroza. Ale i w tej postaci były bardzo smaczne, tyle że zupełnie nie efektowne. Zrobiłam drugą porcję, tym razem dodając 50 procent więcej kleiku - i są!

Mają jedną wadę - zacytuję koleżankę z forum, choć dotyczyło to czekoladowych ciastek: "Nikt mi nie wierzy, że sama to upiekłam!". O, to, to. Ile razy się tymi ciastkami chwaliłam, tyle razy pytano mnie, gdzie kupione.

Przepis pochodzi z Biblioteczki Poradnika Domowego, z tomiku "Przepisy czytelników - ciasta i ciasteczka) i po mojej modyfikacji brzmi:

230-250 g kleiku ryżowego posiekać z kostką margaryny. Dodać 3 jajka, niepełną szklankę cukru, 4-5 łyżeczek wiórków kokosowych, paczkę cukru waniliowego, łyżeczkę proszku do pieczenia. Wszystko razem zmiksować lub porządnie wymieszać - ważne jest, żeby masa była jednolita.

Z ciasta toczyć kulki nieco mniejsze od orzecha włoskiego, w każdej robić palcem zagłębienie (raczej głębokie, niż szerokie) i układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.





Wstawiać do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i piec na jasnozłoty kolor.  Uwaga! W momencie, kiedy nabiorą "rumieńców", są gotowe! Mogą się wydawać zbyt miękkie, ale po wystygnięciu stwardnieją, a poza tym powinny wewnątrz być delikatne. Oczywiście jak się zbytnio spieką, to też nic się nie stanie. Ja piekłam 10 minut z grzaniem z góry i z dołu, a po 10 minutach włączałam na ostatnie 5 minut termoobieg.

Napełniać dżemem lub konfiturą. Można to zrobić po upieczeniu (na ciepło lub po ostudzeniu), ale można też na 5 minut przed końcem pieczenia i z takim nadzieniem wstawić jeszcze do piekarnika.
Wypróbowałam teraz oba te sposoby i bardziej mi odpowiada pierwszy. Qrczakowi, dla odmiany, drugi.

Smacznego!





wtorek, 12 stycznia 2010

Pyszne, czekoladowe, rozpływające się w ustach, pachnące, efektowne i niepowtarzalne!





Przepis pochodzi niestety z forum zamkniętego, tak że jeśli ktoś jest zainteresowany, to co najwyżej mogę na mail wysłać.

niedziela, 20 grudnia 2009
Pół soboty spędziłam z moimi najmłodszymi braćmi i siostrzenicą Qrczaka, równolatką najmłodszego (zresztą Tomka znacie już skądinąd). Dzieciaki wykonały kawał niesamowitej roboty, pracowicie wykrawając kilka setek pierniczków! Do 21.00 zdążyły część z nich polukrować, a potem niestety musiały jechać do domów.  Oczywiście wzięły ze sobą swoje dzieła, a na stole zostały... jeszcze dwie pełne miski nieozdobionych ciasteczek.

Wieczór ten był jednym z najmilszych w ostatnich tygodniach - siedliśmy z Qrczakiem przy naszym wielkim, dębowym stole, Smyk słodko spał, a my do 23.00 ozdobiliśmy całą resztę pierniczków. Nie są bardzo "artystyczne" ani wyszukane - lukier, posypka, trochę bakalii. Ale chciałam Wam trzy z nich pokazać, bo "wzięło mnie" w tym roku na sklejanie ze sobą po dwa pierniczki i bardzo podoba mi się efekt:











Tak "powiększone" pierniczki doskonale nadają się na dodatek do prezentu lub nawet jako "gwóźdź" tegoż.

W trakcie zdobienia, te mniej udane zostały schrupane ze smakiem. Po wielu latach pieczenia pierniczków według jednej tylko receptury, rok temu zdecydowałam się wypróbować inną, a w tym roku kolejną. I ten ostatni przepis będzie już zawsze wykorzystywany w naszym domu, nie wyobrażam sobie lepszego - pierniczki wyszły mięciutkie, wonne, aż soczyste, pełne świątecznego smaku, wyraziste, po prostu pyszne! Równie dobrych nie jadłam nigdy i nigdzie.

Zwalczam pokusę, by nie pożreć wszystkich, które zostały - wszak na choince za dni parę mają zawisnąć.

***

Zapraszam do obejrzenia końcowego efektu wyszywania i zdobienia choinki:




środa, 25 listopada 2009
Tak przeglądam swoje wpisy i widzę, że nie pochwaliłam się jaki prezent przygotowałam dla Uli z okazji jej jubileuszu. Przede wszystkim dostała od nas grafikę, którą dawno temu wygrałam u Arine - wybrałam właśnie tę "kociarę", z myślą o październikowych urodzinach Uli, która kocha wszelkie kotki.

Oprócz obrazka dostała od nas to:




Ciasto, które robię od dziecka i które doczekało się tysiąca wersji i wariantów. W tym przypadku murzynek został upieczony z płatkami migdałowymi i przełożony kremem cytrynowym - ulubionym kremem Uli.

Z obu prezentów była zadowolona, co bardzo nas ucieszyło!


***
Proszę, oto kolejne okazje do zdobycia pięknych rzeczy:

W Dziurce Od Klucza - do 30 listopada 20.00. Na prośbę organizatorki podaję link do strony Grzesia: http://www.grzesiek.prof4.pl.
U Fagusi - losowanie 1 grudnia.
niedziela, 31 maja 2009
Miała być dzisiaj kolejna Guziczanka, ale wyszło tak, że musi chwilowo ustąpić miejsca. Czerwonemu Ferrari. Prezentowi, który wczoraj Smyk dostał od nas na Dzień Dziecka. Niby Dzień Dziecka dopiero jutro, ale po pierwsze wczoraj odwiedziła Smyka jego prababcia ze swoją siostrą, więc była dodatkowa okazja do uczczenia, a po drugie może ktoś będzie chciał się zainspirować, to proszę bardzo, do jutra dziesięć takich Ferrari można by zrobić! A nie tylko mali chłopcy lubią samochody...

Dość. Do rzeczy. Najpierw zdjęcie gotowego (usunięcie nieapetycznego tła zawdzięczam Mojej Mamie), potem opis wykonania ze zdjęciami poszczególnych etapów:





Wygląda na skomplikowany? Nie sądzę, w wykonaniu jest bardzo prosty i chyba to widać. Choć przyznam, że kiedy wniosłam to cudo na stół, to z piersi zgromadzonych gości wyrwały się okrzyki podziwu. Pytaniom nie było końca. Odpowiadam więc na nie najkonkretniej jak potrafię.

1) Pieczemy biszkopt według dowolnego przepisu, w prostokątnej blaszce (ten akurat jest z mrożonymi jeżynami; bomba! dobrze jest dodać właśnie kwaskowatych owoców!).



2) Odkrawamy w poprzek, nieco więcej niż jedną czwartą.



3) Układamy mniejszą część na większej, mniej więcej pośrodku, sklejając obie warstwy ulubionym dżemem.



4) Jeżeli biszkopt wyszedł nam zbyt płaski, na wierzchu układamy cztery krążki ananasa z puszki (w sumie nawet jeśli biszkopt wyszedł wysoki, to ananas się przyda, dodaje pysznej nuty).



5) Ubijamy na sztywno około 1 szklanki śmietanki kremówki. Po ubiciu dodać cukru waniliowego, ubijać jeszcze chwilę, po czym spokojnymi dokładnymi ruchami rozsmarować śmietanę na torcie. Ja zaczęłam od dolnej warstwy i od boków, wierzch pozostawiając na koniec. UWAGA, to dopiero pierwsza warstwa śmietany, mająca funkcję "cementu" dla ciasta i podkładu pod ozdoby. Dlatego nie musi być idealnie wszystko przykryte, ważne jest natomiast, żeby została położona równo.



6) Ubijamy resztę śmietany (1-2 szklanki, w zależności jak dużo chcemy kremu) i wylewamy to na sam wierzch samochodu, pomagamy jej spłynąć równomiernie, tak żeby krawędzie stały się obłe. I dopiero na tę warstwę "przyklejamy" cztery spore markizy jako koła.



7) Maskę samochodu zdobimy dowolnie - ja zdecydowałam się na 3 biszkopty (miały być we wzorki, ale skończyły mi się pisaki do zdobienia ciast). Jeden miał mieć namalowaną kierownicę, drugi uśmiech pasażera, a trzeci reflektor.



8) Torcik posypujemy wiórkami kokosowymi...



9)... i kolorową posypką.




10) Tak wygląda po przekrojeniu.




SMACZNEGO!

 
1 , 2