| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
1 procent podatku
MOJE INNE BLOGI:
MOŻESZ POMÓC!
Sklepik :)
Tu kupuję:
Tu zaglądam, to polecam:

Digi-Scrap.PL.

Tworzymy dla chorych dzieci.

RECENZJE

niedziela, 02 marca 2014

W sobotę wybrałam się ze Smykami do teatru. Bywaliśmy już wielokrotnie we Wrocławskim Teatrze Lalek, ale tym razem wybór padł na Impart. Skusiło nas przedstawienie "Zaczarowana Kolomotywa".

Opisywać go nie będę, żeby nie psuć niespodzianki tym, którzy wybiorą się je obejrzeć. Nadmienię tylko, że jest bardzo ciekawie opracowane, wciąga całą publiczność, nie tylko dzieci, a piosenki są tak wpadające w ucho, że chciałoby się śpiewać je na co dzień. Co ważne, spektakl przekazuje piękne i istotne treści. To nie tylko historia o tym, jak uratować dziewczynkę przed smokiem. To opowieść o tym, co jesteśmy gotowi poświęcić dla drugiego człowieka, o tym, jak bardzo umacnia nas miłość, o tym, że "to prawda widoczna jak w pizzy salami - byłoby nudno, gdybyśmy byli tacy sami".

Napisałabym, że polecam je wszystkim, ale niestety dwa niedociągnięcia zepsuły nam przyjemność oglądania i zaprawiły nutką goryczy wspomnienia. A szkoda, bo przedstawienie jest naprawdę warte obejrzenia. Jednak kiedy po spektaklu dzieci zostały zaproszone pod scenę do zrobienia zdjęć z bohaterami opowieści, okazało się, że zdjęcie z kukiełką Kuby Guzika mogły mieć tylko te dzieci, które dopchały się w pierwszym rzędzie. Moje dzieci przyzwyczajone są do tego, że po przedstawieniach, na których bywają, czasu jest tyle, że starcza go dla wszystkich (naprawdę, kwadrans to nie jest tak dużo, a przeżycie dla dzieci - ogromne). Wiedzą, że nie trzeba pędzić i torować sobie drogi, bo czy za dwie, czy za cztery minuty, uda się podejść bliżej. Tym razem były bardzo rozczarowane, nie mogły w ogóle zrozumieć, dlaczego kukiełka chłopca zniknęła po krótkiej chwili, a zdjęcia można było zrobić sobie już tylko na tle lokomotywy. Przy czym nie wolno było do niej podejść, bo zabronione było wejście na scenę, więc zdjęcia mam mniej więcej takie: ledwie wystające nad scenę główki moich Smyków i stojąca gdzieś tam nad nimi kolorowa lokomotywa. Na pociechę mogły sobie potrzymać klucz francuski. Super.

Powiedzmy, że to było niemiłe, ale nie przeszkodziłoby mi wystawić bardzo dobrej, a nawet znakomitej opinii aktorom, reżyserowi, scenografowi, dźwiękowcom za całość spektaklu. Jednak nie mogę przemilczeć innej kwestii - podczas przedstawienia zostały włączone stroboskopy. Moje dzieci mają obciążony wywiad genetyczny pod kątem padaczki i gdyby informacja o stroboskopach została podana w opisie przedstawienia, nie zaryzykowałabym pójścia na nie! Jestem oburzona brakiem odpowiedzialności ze strony organizatorów - po powrocie przejrzałam raz jeszcze stronę Impartu, ale nie znalazłam tam nawet najmniejszej wzmianki o stroboskopach! To jest karygodne niedopatrzenie.

Mimo to, jak ktoś się stroboskopów nie obawia, to zachęcam do pójścia na "Zaczarowaną Kolomotywę". Warto.

[EDYCJA] - po moim mailu odpisano mi od razu, informacja zostanie umieszczona na stronie. Bardzo się z tego cieszę!

11:03, aneladgam , RECENZJE
Link Komentarze (5) »