| < Kwiecień 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
Zakładki:
1 procent podatku
MOJE INNE BLOGI:
MOŻESZ POMÓC!
Sklepik :)
Tu kupuję:
Tu zaglądam, to polecam:

Digi-Scrap.PL.

Tworzymy dla chorych dzieci.

środa, 22 października 2008
Jechał sobie koszykarz ze swoim synem na targ. Wyjechali wozem obładowanym koszami o poranku, żeby być jak najwcześniej na miejscu. Przejeżdżając koło kościoła ojciec przypomniał sobie, że dawno nie był u spowiedzi. Chcąc sobie zapewnić łaskę nieb, zatrzymał się, zostawił syna na wozie, żeby pilnował dóbr, a sam wszedł do kościoła i udał się do konfesjonału.
Klęka, żegna się i mówi:
- W imię Ojca i Ducha Świętego.
Ksiądz poprawia:
- A gdzie Syn?
- Na wozie.
- Co pan plecie???
- Koszyki.

***
A ja plotę kolczyki :)


To są akurat dwa z różnych par :)

wtorek, 21 października 2008
Powolutku uczę się tego swojego bloga. Dziś dodałam funkcję sklepiku (na dole po lewej stronie) oraz amatorsko wstawiony opis bloga (u góry po lewej). Szewc bez butów chodzi, mąż-informatyk a ja nie umiem zrobić sobie ładnego wyraźnego szablonu :-) Ale i do tego dojdę, aby powoli i do przodu.
Myślę też o funkcji "second-handu" z gazetkami, schematami itp. Tylko muszę wymyślić jak to zamieścić, żeby było wyraźne... Może jako dodatkowa kategoria? Zobaczę :)
11:26, aneladgam
Link Komentarze (2) »
Wczoraj u anek_73 znalazłam link do tej zabawy i oczywiście żadna siła nie była w stanie mnie powstrzymać przed zgłoszeniem się ;) Może też się skusicie?
Osobiście nie mogę się doczekać nie tylko otrzymania paczuszki, ale też przygotowywania mojej. Pomysłów mam co nie miara, poczekają na doprecyzowanie aż otrzymam trochę danych o osobie do której dotrze. Brzmi tajemniczo? Sprawdźcie o co chodzi :)
08:32, aneladgam
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 października 2008
Tak nauczycielki mają. Niektóre. Ale te, które pracują z dziećmi mają pewnie w torebkach - tak jak ja - kredki, nożyczki, klej... Bo nigdy nie wiadomo, co się może na lekcji przydać. Zazwyczaj korzystają z nich moi mali podopieczni, ale bywa, że i panią nauczycielkę pogoni się do rysowania czy wycinania.

(Zresztą, kiedy jeszcze studiowałam, chyba na trzecim roku, miało miejsce zabawne zdarzenie. Przyjaciele moich rodziców powiedzieli mi, że na ten sam kierunek dostała się wnuczka ich szwagierki. Powiedzieli mi jak się nazywa, mniej więcej jak wygląda - no i co z tego, za dużo było wówczas nowych studentek, żebym ją wyłuskała. Kiedyś czekałam pod salą na wykład i w poszukiwaniu długopisu przeryłam się przez swoją - wielką - torebkę. Damska torebka zazwyczaj zakrzywia przestrzeń i potrafi zmieścić dużo więcej niż plecak wysokogórski, ale wtedy to już było jak wykopalisko archeologiczne. Wyjęłam kolejno: książkę do hiszpańskiego, książkę do literatury, zeszyt A4, pudełko z kanapkami, dwa jabłka, grzebień, klucze, telefon, błyszczyk, notes, książkę kucharską, blok techniczny, kolorowe pocztówki i kredki. W tym momencie stojąca obok mnie nieznajoma wykrzyknęła: "Czy ty nazywasz się...?" tu padło moje imię i nazwisko. Zdębiałam. "T-tak, ale skąd wiesz?" "A, to proste. Poznałam po kredkach". I zabijcie, nie wiem o co chodzi do dziś ;)).

Pudełko z kredkami świecowymi zabrałam też na nasze pierwsze wspólne wakacje ze Smykiem i Qrczakiem. Dysponowałam aż ośmioma kolorami. Nie wiem co mnie podkusiło, że zdecydowałam się wykonać własnoręcznie pocztówki z wyjazdu. Zaczęłam w dzień, kiedy akurat lało, stąd pierwsza pocztówka przedstawiała wnętrze kuchni. Wszystkie zostały wysłane do przyjaciół i rodziny, ale sfotografowaliśmy je na wieczną rzeczy pamiątkę.

Dodam, że jedna z moich sióstr oraz moja własna mater są niezwykle uzdolnione plastycznie, ja im pod tym względem mogę buty czyścić. Ale i tak właścicielce pensjonatu spodobało się moje (mówiąc za Leśmianem) po-tworzenie.

Przed państwem "Nietoperek", Gębczyce koło Białego Kościoła, powiat strzeliński. Miejsce godne i sprawiedliwe.


















niedziela, 19 października 2008
Skończyłam jesienną torebkę. Jestem z niej trochę niezadowolona, bo wyszła nie do końca tak, jak ją sobie wyobrażałam. Myślałam, że łezki po bokach będą nieco szersze, jednakże już widzę, że powinnam była przestebnować jeszcze dno torebki. Ale ogólnie nawet mi się podoba. Robiłam ją z płótna, o którym pisałam tutaj, nadal robi karierę, która dlań nie była przewidziana.

Ścieg łańcuszkowy to mój ulubiony, wybrałam brąz na wzór główny, pomarańcz na małe kropki, a całość ozdobiłam czerwonymi cekinami w kształcie listków. Taki typowy jesienny zestaw kolorów :) Elementy torebki zeszyłam również łańcuszkiem, kremową nicią zbliżoną do koloru tła. Jasnobrzoskwiniowa podszewka i czerwony kryty zamek oraz szydełkowe brązowo-pomarańczowe ramiączka, które umocowałam do torebki koralikami rdzawymi i beżowymi - to wykończenie. Po zrobieniu zdjęcia zdecydowałam się te ramiączka trochę poszerzyć, żeby nie wrzynały się w ramię "nosicielki" :)

Efekt Tofikowi_82 spodobał się bardzo, więc jutro wysyłam torebkę na Górny Śląsk :) Pierwsze moje dzieło, które ktoś zechciał. Dumna jestem, no :)



21:38, aneladgam , TOREBKI
Link Komentarze (7) »
sobota, 18 października 2008
Pochłonięta choinkami odłożyłam na półkę bratki, które wyszywałam dla chrześnicy. Nie wiem, co prawda, kiedy ją zobaczę (mieszka na tyle daleko, że mając niemowlę w domu nie jestem w stanie do niej pojechać), ale rocznica urodzin minęła i muszę - chcę - dla niej prezent mieć.

Nigdy nie byłam zwolennikiem postrzegania rodziców chrzestnych jako "tych co się wykosztowują na prezenty". Matka chrzestna w moim pojęciu to osoba, która jest obecna w życiu chrześniaka, w jego wzrastaniu, rozwoju - nie tylko w wierze. Odpowiedzialna, interesująca się tym, co się w życiu dziecka dzieje, starająca się być blisko niego. Dlatego olbrzymim zaszczytem było dla mnie kiedy brat i bratowa Qrczaka poprosili mnie o bycie chrzestną ich córeczki.

I niestety nie jestem taką matką chrzestną, jaką powinnam być. Mieszkam prawie 200 kilometrów od mojej małej dziewczynki, dojazd z Wrocławia za Jelenią Górę bez samochodu to 5 godzin podróży, a moja sytuacja nie sprzyja długiej jeździe. Najpierw ciąża, teraz niemowlę w domu... Biję się w pierś, że od ostatnich Świąt Bożego Narodzenia, kiedy to Rózia z rodziną była we Wrocławiu, nie widziałam jej wcale. Ale też i jej rodzice nie spieszą się przywieźć ją tu, choć mają samochód, dzieci są przyzwyczajone do jazdy, mają tu rodzinę. Rózia jeszcze nie widziała swojego małego kuzyna.

Piszę do niej listy, kartki, wysyłam zdjęcia i różne drobiazgi z różnych okazji albo i bez okazji. Drobiazgi dobrane tak, by wiedziała, że o niej myślę, że pamiętam i tęsknię. Ale wciąż mi mało, bardzo mało. Jestem ciocią kojarzoną głównie ze zdjęć i opowieści - a nie tego po sobie oczekiwałam.

Dlatego tak bardzo chciałam zrobić coś dla niej teraz sama. Bratków nie zdążyłam wyszyć, za to przypomniałam sobie, że mam w domu śliczną saszetkę (chyba Avon, ale nie jestem pewna) na biżuterię. Moich kolczyków i innych drobiazgów ona już dawno nie mieściła, ale na spinki, gumki do włosów i inne skarby małej księżniczki powinna się nadać.

Naszyłam na nią aidową taśmę i wyszyłam podpis, tak żeby nikt nie miał wątpliwości, z czym ma do czynienia :) A że nie podobały mi się żadne gotowe alfabety, wzór wymyśliłam sama. I jak uda mi się kiedyś pojechać do Rózi, albo jej tata nas odwiedzi, oto co otrzyma:






21:13, aneladgam , TOREBKI
Link Komentarze (4) »
piątek, 17 października 2008

Dawno nie było o szydełku. I tak jakoś skromnie o szydełku piszę, pomimo nazwy bloga. A może właśnie dlatego? Kiedy biorę szydełko do ręki, to właściwie znikam... Różne pomysły, wizje, emocje przerabiają się w kolejne oczka, łańcuszki, aż powstaje coś - czego bym się nawet nie spodziewała :) No, czasem wychodzi to, co zaplanowałam.

Problemem moim wielkim było to, że moje umiejętności szydełkowe nie dorównywały wymarzonym projektom. Aż w końcu trzeba było posunąć się naprzód i po kilkunastu latach dziergania wyłącznie łańcuszków i oczek ścisłych nauczyć się przynajmniej odróżniać słupki od półsłupków.

Czas na to znalazłam dopiero w ciąży. A może nawet nie czas? Raczej musiałam się pozbyć tremy przed nowym wyzwaniem. A w ciąży wyjątkowo wielu nowych rzeczy spróbowałam :)

Wykorzystania słupków i półsłupków uczyłam się na tym motylu. Dla pewności wzięłam grubą włóczkę, żeby wyraźnie wszystko widzieć. Kolory wybrałam "rastafariańskie", bo kontrastowe. Motyle wyszły dość duże, więc na ozdobę ubrania raczej się nie nadawały. Ich losy były zmienne.

Najpierw latały na karuzelce Smyka (bo miśki firmowe były w zbyt jasnych kolorach):



Potem zdobiły fotele w dużym pokoju:


Aż w końcu wylądowały na szczebelkach łóżeczka Smyka. Który teraz śpi po rehabilitacji, więc zdjęcia nie zrobię.
Bardziej ambitne próbki słupków i półsłupków trafiły na grzbiet węża :)
czwartek, 16 października 2008
Muszę sobie takową zrobić, żeby mi zlazło to paskudne uczucie gorzkości z żołądka. W "Krokodylu z Kraju Karoliny" Alicja i Joanna robią sobie tabelkę na poradzenie sobie z kłopotami. Takąż robię i ja, sama ciekawa jestem wyniku :)

A zatem - moje bardzo subiektywne podsumowanie konkursu. Proszę się do mnie nie zrażać, ja to robię dla własnej higieny psychicznej :)

Negatywy:
1) Nie zdążyłam z prezentem dla chrześnicy (dziś ma urodziny). Bratki powędrowały na razie do lamusa.
2) Nie wykończyłam jeszcze ramiączek do torebki jesiennej, obiecanej Tofikowi już tak dawno! Jesień trwa prawie od miesiąca!
3) Nadal nie umiem przegrywać. To znaczy, rozczarowanie potrafi zepsuć mi humor.
4) Zapalenie nadgarstka (pierwsza choinka wyszywana bez tamborka, druga w szalonym tempie).
5) Chyba Qrczak się czuje trochę zaniedbany.
6) Zapuściłam mieszkanie.
7) "Ramy do haftu" przysłały mi granatową kanwę zamiast czarnej.
8) Wyglądam jakby kosmetyczka nie widziała mnie od roku.

Pozytywy:
1) Bratki poczekają do wiosny, będą na rocznicę chrztu. A ja od pani Małgosi podpatrzyłam pomysł na szybciutki prezent.
2) Ramiączka wykończę dziś-jutro i wyślę zdjęcia do akceptacji. W końcu robię je szydełkiem, a to jest moja ulubiona dyscyplina. A jesień trwa do 22 grudnia.
3) Aktywność rozbuchana konkursem otwiera przede mną kolejne i kolejne pomysły, co poprawia mi humor.
4) Hm... do zapalenia nadgarstka ciężko wymyślić pozytyw jako przeciwwagę.
5) Fajerwerki pomysłów na temat "jak dbać o Qrczaka". Jeszcze mu bokiem wyjdą ;)
6) Posprzątam mieszkanie i będzie git. Zresztą, lubię sprzątać.
7) Nie ja jestem daltonistką.
8) W sobotę idę do kosmetyczki.
9) Poznałam mnóstwo nowych blogów robótkowych, z kilkoma z nich zaznajamiam się coraz lepiej i tak myślę, że to jest bardzo sympatyczne.
10) Mam już dwa prezenty gwiazdkowe! (To te dwie choinki)
11) Okładka zainspirowała mnie do pisania z Qrczakiem opowiadań i baśni dla Smyka. To będzie najbardziej osobisty prezent, jaki moglibyśmy mu dać. A niedrogi, prawda?
12) Mam damę z psem, która podobała mi się dużo bardziej od schematów-nagród :)
13) Qrczak się okazał towarzyszem na całe życie. Sprawdzonym. Sprawdzonym we wrzącym kotle babskiego hobby - wycinał bobinki z tektury, nawijał na nie mulinę, pomagał mieszać kolory muliny i chwalił, chwalił, chwalił. I nie zgłaszał pretensji. Wczoraj zadzwonił z pracy pytając: "Zorganizować coś na obiad, żebyś zdążyła z choinką?" :)

Tak, wynika niezbicie, że cieszę się, że wzięłam udział w konkursie :) Dziękuję tym kilku czytelniczkom, które pochwaliły moje choinki :)
10:47, aneladgam
Link Komentarze (7) »
środa, 15 października 2008
Druga odsłona. Z końcowym gwizdkiem. Dosłownie i w przenośni (ostatni krzyżyk postawiłam w ostatniej sekundzie meczu Słowacja-Polska).

W trakcie robienia białej choinki wiedziałam, że będę chciała zrobić też kolorową. Bardzo mi się podobała czerwona cieniowana choinka Autorki projektu, ale nie chciałam kopiować tego pomysłu. Tak samo prosta zmiana koloru kanwy i dobranie innej cieniowanej muliny nie satysfakcjonowało mnie. Robienie każdej linii w innym kolorze było dla mnie ryzykowne, ponieważ z pewnością irytowałabym się na każdy z zestawów kolorystycznych i koniec końców nie byłabym zadowolona.

A pamiętam jak kiedyś, wieczorem w Trzech Króli byłam w małym wiejskim kościółku. Do mszy jeszcze trochę czasu było, więc światła nie były zapalone. W mroku kościoła jaśniała blaskiem tylko niewielka choinka przy ołtarzu, mieniąc się pięknie światełkami i kolorowymi gwiazdkami. Zdjęłam okulary, żeby je przetrzeć, i wszystkie punkty świetlne na choince rozmyły mi się w duże rozpryśnięte krople. Kto nie jest krótkowidzem, ten nie wie o czym mówię :)

To chciałam oddać na mojej drugiej choince. Wybrałam ciemne tło kanwy (miała być czarna, ale sklep przysłał mi jakąś taką grafitową czy granatową) i postanowiłam samej przysposobić sobie mulinę. Brałam po jednej nitce zielonej (jak igły choinki), żółtej (jak świeczki) i czerwonej (jak tamte pamiętne gwiazdki), i takim "miksem" wyszywałam tym razem począwszy od gwiazdy, a kończąc na stojaczku.

Niestety, ponieważ skończyłam to późnym wieczorem, nie zobaczycie jak ślicznie zlewają się ze sobą te kolory. Mulina skręca się pod różnymi kątami podczas szycia i każdy krzyżyk ma nieco inny odcień i "fakturę". Za dnia postaram się zrobić ładne zdjęcie, ale do konkursu idą zwykłe zrobione z lampą błyskową.

Ta choinka stała się torebką na prezent dla kogoś bardzo mi bliskiego. Torebką o tyle wdzięczną, że po rozpakowaniu można ją oprawić i powiesić jako obrazek. A zatem prezent podwójny :) Dobranoc.







wtorek, 14 października 2008
A zatem nadszedł ten dzień, kiedy ujawniam swoją choinkę konkursową. Miałam nadzieję, że przedstawię od razu obie (tak, robię dwie niezależne i kompletnie odmienne od siebie choinki), ale jednak wolę dziś zaprezentować przynajmniej tę już ukończoną. Problem jest taki, że wczoraj szwankował serwer gazeta.pl i jeśli jutro wytną taki sam numer, to pozbawię się sama jakiejkolwiek szansy.

A po drugie, z drugą choinką mogę nie zdążyć, bo Smyk jest jutro szczepiony a poza tym chyba zaczyna ząbkować :/

Dlatego pierwszą choinkę ujawniam już dziś i dziś ją wysyłam do pani Małgosi.

Chciałam, by ta choinka nie była po prostu wyszytym motywem oprawionym w ramkę, choćby i najoryginalniejszą. Moja choinka miała być opowieścią. Wspomnieniem chwili. Zapisem ulotnego wrażenia. Symbolem tęsknoty. Pamiętam taki cudny widok, kiedy wracałam ze świeżo poślubionym Qrczakiem z biegówek. Zmrok już zapadał, a tuż przy schronisku Orle rósł piękny świerk. Cały zaśnieżony, migoczący w zmierzchu, na tle liliowego nieba... Ile razy pomyślę o zimie, tyle razy tamten obraz do mnie wraca i sprawia, że serce znów wyrywa się tam, w tamte czasy, do tamtych uczuć i tamtego miejsca.

Obmyśliłam choinkę bielutką, właśnie jak całą w śniegu. Wybrałam też technikę absolutnie nieprofesjonalną: na drobnej kanwie (liliowej, jak niebo zimą po zachodzie słońca) wyszywałam trzema nitkami białej muliny. Zrezygnowałam z Ariadny, żeby ta biel nie była taka "bijąca po oczach", a właśnie matowa. W końcu to wieczór :)

Dobranie grubej nici do delikatnej i drobnej kanwy dało efekt bardzo wypukłego haftu - jak śnieg ciężką warstwą zalegający na gałązkach. Rezygnacja z tamborka spowodowała, że krzyżyki nie są krzyżykami, a kuleczkami, w dodatku różnią się nieco między sobą - jak grudki śniegu.

By podkreślić efekt, dodałam śnieg z białych koralików i koronkową białą markizę u góry.

A choinka stała się okładką na zimowe baśnie i opowiadania, które wraz z mężem piszemy dla naszego pięciomiesięcznego Synka... Dlatego dorobiłam do niej negatyw - białą zakładkę z liliowym haftem powtarzającym motyw gwiazdy i dzwonka ze szczytu choinki.

Nieśmiało pytam - czy choć trochę się podoba...?