| < Kwiecień 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
Zakładki:
1 procent podatku
MOJE INNE BLOGI:
MOŻESZ POMÓC!
Sklepik :)
Tu kupuję:
Tu zaglądam, to polecam:

Digi-Scrap.PL.

Tworzymy dla chorych dzieci.

wtorek, 30 grudnia 2008
Po świątecznej przerwie, wypoczęta, a jakże, wracam z zapałem do swoich robótek. I jak przystało na maniaczkę szydełka (które ostatnio miało dłuższe wakacje), w Nowy Rok wchodzę z szydełkowymi drobiazgami.

Pomysł na cykl broszek "Cztery pory roku" przyszedł mi pod koniec ciąży. Od razy też wymyśliłam, że będą to zrobione na szydełku cztery drzewa, ozdobione odpowiednimi motywami zgodnie z tym, jaką porę roku mają przedstawiać.

Jednak dopiero w połowie września miałam okazję te cztery drzewka zrobić - było to w szpitalu, gdzie wylądowałam na trzy dni ze Smykiem, gdy za bardzo tracił na wadze. A za ich ozdabianie zabrałam się dopiero teraz.

Dziś - "Wiosna", pierwsza z cyklu. Może i pierwsza powinna być zima, ale my, lubiący i lubiące robótki ręczne, musimy zawsze nieco wyprzedzać sezon. W październiku zaczynamy wyszywać choinki, w grudniu wylepiać serduszka, w lutym pisanki i tak dalej, by zdążyć z wystrojem na czas. Tak że zaczynam od wiosny:




Brązowe szydełkowe drzewko ozdobione zostało malutkimi zielonymi koralikami (sugestia pączków listków?) i pasmanteryjnymi kwiatkami.

środa, 24 grudnia 2008

Dziękując za wszystkie otrzymane, przeczytane i pomyślane życzenia, składam i ja:





11:39, aneladgam
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 22 grudnia 2008
Co roku dobija mnie ilość papieru, jaka schodzi na opakowanie prezentów. Przy liczebności mojej rodziny na środku pokoju rośnie hałda, którą nie zawsze zdążę zagospodarować. Najczęściej ktoś usłużny wyrzuca wszystkie do śmieci, niezależnie od sztyletów świecących mi w oczach na takie marnotrawstwo. Z jednej strony - żal wyrzucać, bo "przydasię". Jak nie na ponowne opakowanie, to do zdobienia kartek, pudełek, zeszytów czy notesów. Z drugiej, jak już wyrzucać, to do kosza na makulaturę. Przecież to wszystko waży swoje, a celuloza długo się rozkłada. Jak pomyślę, że tylko z mojego osiedla w ten jeden dzień wyrzucone zostaje 26 tysięcy opakowań po prezentach (zakładając tylko jeden prezent na jedną osobę)...

Jako takim rozwiązaniem są gotowe torebki do prezentów. Włożyć prezent, wyjąć, torebkę wykorzystać ponownie i tak co roku. Rozwiązanie zdecydowanie bardziej ekologiczne, bo torebek nie wyrzuca się tak odruchowo. Ale takie trochę mało eleganckie.

W tym roku rozpoczęłam u siebie w domu kampanię na rzecz bardziej ekologicznego sposobu życia. Odrobinkę bardziej, ale jednak zawsze. I prezenty pakuję w sposób oszczędny, a jednak elegantszy niż gotowce. Przynajmniej niektóre prezenty, te, które zdążę.

Pokazywałam już woreczek z filcową myszką (dziś został do niego zapakowany upominek dla moich przyjaciół, a woreczek potem może się przydać na różne różności, jak chociażby na skarpetki w podróży, miętowe cukierki czy płatki kosmetyczne) i woreczek, który zamówiła Anett. A dziś chciałam pokazać jak zapakowałam prezent dla Ani:





Ania jest artystką, więc być może znajdzie zastosowanie dla czerwonej flizeliny, w jaką został owinięty prezent. Zamiast taśmy, wstążki i kleju wykorzystałam satynową kokardę na agrafce, którą spięłam miejsce złożenia flizeliny. Kokarda po odczepieniu jest samoistną broszką lub ozdobą tkaniny (poduszki, zasłony).

Dziękuję ślicznie za wszelkie życzenia przekazywane mi rozmaitymi drogami!

Zastanawiałam się, czy pokazać Wam co szykowałam w takim wielkim pośpiechu, ale jednak nie mogę. Adresat dziś wyjechał z Wrocławia, nie zdążyłam prezentu wręczyć, pomimo że niemal gotowy. Zatem wręczę po Świętach, kto wie, może to i lepiej, bo większy efekt będzie. Z całą pewnością będzie to coś całkowicie odmiennego od wszelkich możliwych w jego domu prezentów!
Ale Was to raczej nie zaskoczy, niejedna z Was podobną robótkę robiła.

***

Wczoraj wybraliśmy się we trójkę w odwiedziny do chrzestnej Smyczka i jej męża. Smyczek dostał w prezencie świąteczny zestaw przeuroczych śliniaczków, a na jednym z nich kochana mama chrzestna wyszyła jego imię:





czwartek, 18 grudnia 2008
Dziś kilka podsumowań.

Po pierwsze, z radością informuję, że przesyłka do Irlandii dziś doszła do adresatki! Szalenie się cieszę, bo cały czas miałam obawy czy jednak dotrze przed Wigilią. Anett dziękuje i bardzo się jej z wierzchu podoba - wewnątrz zobaczy, gdy ukochany rozpakuje prezent. Cieszę się z takich zamówień, bo już w ciąży obiecałam sobie, że to, co zarobię robótkami, przeznaczę dla Smyka. A że nadal jest rehabilitowany, przydają się takie zlecenia, oj przydają.

Po drugie, w tym tygodniu dostałam już wygrane na blogu Salameandry serduszko (na razie czeka na swoje przeznaczenie), zrobiony przez Gosię sweterek i wygrane na jej blogu druty (sweter wyszedł bosko, już miał chrzest bojowy, ale nie widziała go jeszcze ta druga siostrzyczka, która mi go pewnie zje oczami).

Po trzecie, coś się dzieje z licznikiem po lewej. Kiedy weszłam rano na swój blog, licznik wskazywał rok urodzenia Qrczaka. Pomyślałam, że fajnie by było zrobić zrzut ekranu, gdy licznik będzie wskazywał mój rok urodzenia. Niestety, gdy weszłam ponownie, licznik już wskazywał dwa lata później. Chcąc się pocieszyć, postanowiłam zrobić zrzut ekranu z rokiem urodzenia smyka (czyli obecnym) - nic z tego, po powrocie z pracy zobaczyłam "2009" - rok dalej...

Oczywiście oznacza to, że mój blog jest chętnie i licznie odwiedzany, co bardzo mnie cieszy! A jednocześnie trochę zaskakuje, bo ja w nim nie widzę nic nadzwyczajnego. Z innej strony, trzecia osoba już przyznała mi "Uber Amazing Blog", więc pewnie jednak coś tu się da znaleźć.

Dziękuję Wam za to, że jesteście i dodajecie otuchy swoimi komentarzami. Od czasu założenia bloga wyraźnie wzrósł mi odsetek ukończonych prac! To dzięki Waszym inspiracjom.

Z frontu też jedna zła wieść - niespodziankową robótkę muszę CAŁKOWICIE ukończyć przed poniedziałkiem. A to mnie chyba przerośnie.
środa, 17 grudnia 2008




Przyszła pora i na moje zwierzenia. Jak pisałam, to odznaczenie dostałam od Piekielnej Owcy. Potem chodziłam wzruszona cały dzień; co za szczęście, że Qrczak jest wyrozumiały i wie, że jak płaczę, to niekoniecznie ze smutku.

Zasady są takie:

1. Wyróżnienie powstało u Yoasi
2. Możesz je nadać 1-7 osób
3. Zostaw wiadomość u wyróżnionych osób na blogu
4. Osoby wyróżnione proszę o wypowiedzenie się na 3 tematy:

1.Twoja pierwsza miłość - Na pewno nie odwzajemniona. Jak większość moich miłości. Do tego to ja miałam wyjątkowego pecha. Jak nie w jedną, to w drugą stronę bez wzajemności. Aż upolowałam coś w rodzaju prawdziwej i na wieki!

2. Coś, co sprawiło, że serce ci zamarło - Czwarty miesiąc ciąży. Pielęgniarka jeździ mi aparatem dopplerowskim po brzuchu, by złapać bicie serca mojego dziecka. Nie może znaleźć jego tętna, pomimo długich starań.
Po czym stwierdza: "Aha. Był". Serce mi zamiera, świat znika sprzed oczu. "Jak to był?! Nie żyje?!" wykrzykuję na całą klinikę. A pielęgniarka patrzy na mnie jak na UFO. "Żyje. Ale spyla przed aparatem".

3. Przedmioty bliskie sercu - Maskotki, które dostałam od Qrczaka. Są dla mnie żywymi istotami, układam o nich opowieści, wiem co robią w ciągu dnia, gdzie mają przyjaciół, co je smuci, a co bawi; gdy nie mogę zabrać wszystkich ich w podróż, muszę wymyślić dlaczego i zapewnić im inne rozrywki... Wiem, wiem, zachowuję się jak dziecko.

A także pierścionek zaręczynowy (bardziej niż obrączka, bo obrączki byłam pewna, a pierścionek mnie zaskoczył). Który, nota bene, leży od tygodni na parapecie i czeka na cyrkonię, która z niego wyleciała.

Długo się namyślałam nad dalszymi losami tego serduszka. Większość z Was po otrzymaniu wyróżnienia "Uber Amazing Blog" ode mnie zdecydowała się nie kontynuować tej - sympatycznej chyba? - zabawy.  I choć podałyście wyjaśnienia, było mi jednak przykro. Ktoś mi kiedyś powiedział: "Jak masz dziękować, to dziękuj za coś. Nie za wszystko. Jak masz przepraszać, to za coś. Nie za wszystko. Bo 'dziękuję za wszystko' i 'przepraszam za wszystko' niesie ze sobą naprawdę nie wiele. By nie powiedzieć nic. Dziękuj i przepraszaj konkretnie".

Zapamiętałam to na całe życie. I wydaje mi się, że "nagradzam absolutnie wszystkich" jest dokładnie takim "Nie nagrodzę nikogo". Tak samo "Bo już większość dostała wyróżnienia" - no to co? To nie jest jednorazowe, ja przyznałam też osobom, które przyznały je mi. To nie jest zabawa w "a nuż znajdę kogoś, kto jeszcze nie dostał". Ale nie rozumiejąc, akceptuję Wasz wybór i w niczym nie umniejsza to mojej sympatii dla Was.

Z drugiej strony tak krótko istnieję w tym blogowym światku, że nie znamy się jeszcze zbyt dobrze, tylko z kilkoma osobami łączy mnie jakaś silniejsza więź, coś więcej niż tylko wzajemne odwiedziny. A nie chcę szargać tego ważnego symbolu rozdając go na prawo i lewo komukolwiek. Za ładne i ciekawe prace są inne wyróżnienia - to jest za serce. Gdzie go szukać?

Mimo to, nie chcę zatrzymać serca tylko dla siebie. Po długich rozważaniach i wyborach przyznaję je jednej osobie. Grażce - za pracę z Klubem Igiełka. Podziwiam ją, że natchnęła tyle dzieci do pomocy chorym i potrzebującym rówieśnikom. Wzruszają mnie kołderkowe kwadraciki wyszywane przez trzecioklasistów i niewiele starszych kolegów i koleżanki. Ich postępy, ich wspólne cele. Kibicuję Grażce, która sprawuje nad nimi pieczę i pomaga jak może. Grażko - uważam, że w pełni zasługujesz na:




15:17, aneladgam
Link Komentarze (4) »
wtorek, 16 grudnia 2008



W Hiszpanii szopki stawia się praktycznie w każdym domu. Na placach ustawia się setki straganów z figurkami, ozdobami i innymi materiałami koniecznymi do wykonania i udekorowania szopki. Dzieci z rodzicami buszują, wybierają, dobierają, a w domu razem (kluczowe słowo: RAZEM) budują, sklejają i tworzą mniej lub bardziej udaną, ale WŁASNĄ szopkę.

A u nas? Zaledwie kilkakrotnie zdarzyło mi się widzieć u kogoś szopkę, a jeśli już, to albo gotową, kupioną w sklepie papierniczym, albo figurki Świętej rodziny ustawione tuż pod choinką. Gdzie się u nas to podziało? Też mieliśmy taką piękną tradycję, a teraz?

Rok temu, zainspirowana hiszpańskim zwyczajem, postanowiłam przygotować na lekcje szopkę. Uczę małe dzieci angielskiego i zawsze w ostatnim tygodniu przedświątecznym robię powtórkę tego, co wiedzą, przy użyciu świątecznych akcesoriów (cztery czytelniczki tego bloga miały okazję dostać kartki robione właśnie na takich zajęciach). Musiałam zadowolić się materiałami, które miałam w domu.

Z pudełka po butach zrobiłam wnękę i szkielet całości. Wyłożyłam je żółtą flizeliną (żeby chociaż udawała słomę). Dolną krawędź umocowałam na arkuszu A3 zielonego brystolu, tylną ściankę (czyli denko pudełka) przytwierdziłam do czarnego brystolu, zagiętego pod kątem 90 stopni pod spód (tak, żeby trzymał się też od spodu na zielonym). W ten sposób miałam już łąkę przed stajenką i niebo nad nią.

Górną krawędź "nieba" przycięłam w dwie nieregularne fale - dzięki temu niebo przestało się przewracać, a przy okazji nie było już prostokątne, wyglądało lepiej. Wycięcie w czarnym kartonie gwiazdy i podklejenie jej żółtą karbowaną bibułą pozwoliło na podświetlanie szopki od tyłu. Warkocz Gwiazdy Betlejemskiej spryskałam złotym lakierem w aerozolu.

Na łąkę nakleiłam rzekę z folii aluminiowej.

Grotę (tak tak, grotę, nie szopę) zrobiłam z papieru pakowego i papieru służącego do wypełniania paczek z bardziej delikatną zawartością. I ponieważ weekend się już kończył, a szopka była mi potrzebna na poniedziałek, wydrukowałam obrazek ze Świętą Rodziną i umieściłam go po prostu w grocie.



Nie spodziewałam się, że aż tyle radości będą mieć moi uczniowie z ustawiania na tej makiecie zwierzątek, figurek, ludzików, mostków, drzewek! Oczywiście wszystko musieli opisywać po angielsku, z większą lub mniejszą precyzją (w zależności od poziomu). I tak patrząc po ich reakcji - trochę mi żal, że nie kleimy szopek w domach. Mój mały Smyk ma tatę, który uwielbia konstruować różne cudowności (on zresztą pomagał mi przy szopce), więc pewnie za kilka lat coś już zmajstrują.
poniedziałek, 15 grudnia 2008
Słać, przesłać, usłać, posłać, nasłać, dosłać, zesłać, odesłać, podesłać, zasłać, rozesłać, przysłać, wysłać...
Od dziecka uwielbiałam takie zabawy, by z jednego czasownika za pomocą przedrostków tworzyć kompletnie inne. Do tej serii pasowałoby jeszcze "kasłać", gdyby "ka-" było przedrostkiem.

Ostatnio najczęściej używam tego ostatniego czasownika. To znaczy, nie "kasłać" a "wysłać". Dziś wysłałam kolejną paczuszkę - tym razem do Irlandii. Anett poprosiła mnie o kupienie książki, zrobienie do niej zakładki z wyszytą ksywką ukochanego, dla którego książka jest przeznaczona, zapakowanie jej w uszyty przeze mnie woreczek i wysłanie tak, by doszło przed Wigilią. Mam nadzieję, że dojdzie, choć po przygodach z kalendarzem adwentowym niczego nie jestem już pewna.

Zakładkę zrobiłam z taśmy aidowej z bordowym obszyciem. Odcięłam pół metra, złożyłam na pół, zaznaczyłam środek, po czym udałam się na poszukiwanie (wirtualne) alfabetu. Znalazłam jeden, który mi w miarę pasował, ale wprowadziłam drobną modyfikację: ponieważ litery wydały mi się zbyt masywne, wyszyłam je półkrzyżykami:



Na napis poszła ciemnozielona Ariadna, dwie nitki. Według Qrczaka zakładka już wyglądała na gotową, ale uparłam się dodać po bokach małe gałązki. Wyszyłam je stębnówką, bez schematu, dwutnikową jasnozieloną Madeirą.



Doszyłam jasnozieloną wstążeczkę (pozostałość po karuzelce mojego Smyka), a Qrczak nabył książkę. Moja miłość do niego zmieniła się w uwielbienie, gdy odkryłam, że kolor okładki jest niemal identyczny z obszyciem zakładki!



Pozostało uszyć woreczek (tym razem nawet się nie zastanawiałam, od razu uszyłam z podszewką). Wykorzystałam ten sam brązowy jedwab, co na woreczek z myszką. Doszyłam beżową wstążeczkę, ozdobiłam pachnącym karnecikiem i błyszczącym dzwoneczkiem, a dziś wysłałam. Oby doszło!




I wciąż myślę nad "Blogger Heart", bo tam trzeba na trudne pytania odpowiedzieć, oj trudne...
niedziela, 14 grudnia 2008


Trzecia niedziela Adwentu jest kościele rzymsko-katolickim nazywana niedzielą Gaudete - "Radujcie się". W liturgii szaty zmienia się z fioletowych na różowe, pieśni i psalmy mówią o radości, a co ambitniejsze schole i zespoły wykonują już dziś dawną pieśń Gaudete, gaudete, Christus est natus. Ma to oznaczać radość z tego, że przyjście Chrystusa jest już bliskie.

Tyle teorii. W praktyce wiele osób w trzecią niedzielę Adwentu albo już pada ze zmęczenia po wyszorowaniu domu od piwnicy po strych, albo właśnie z niesmakiem stwierdza, że trzeba by się tym zająć. Umyka nam, ucieka to, co jest istotą i najważniejszą częścią Adwentu i Świąt. Radość.

Wielokrotnie czytam lub słyszę słowa "Nie lubię Świąt", "Nie cieszą mnie", "Nie rajcuje mnie ten cały rozgardiasz i komercja". Zresztą, pod tym ostatnim zdaniem podpisuję się obiema "ręcami i nogami", jak mawiał mój ukochany polonista.

Nie mnie kogokolwiek pouczać, ale chcę się z Wami podzielić pewną obserwacją... Wydaje mi się, że aby radować się Bożym Narodzeniem, trzeba znaleźć się w jednej z wymienionych sytuacji (niekoniecznie we wszystkich) - być osobą wierzącą (ale tak prawdziwie, głęboko, nie na pokaz ani na rozkaz; wówczas jest to Święto piękne, podniosłe i niosące umocnienie); albo też mieć kogoś bliskiego (samotnemu trudno radować się czymkolwiek, a co dopiero, gdy ze wszystkich stron atakują z reklam i neonów roześmiane buzie dzieci, a zadbane matki pokazują na tle choinki bieluśkie, wypielęgnowane zęby); a gdy ani pierwsze, ani drugie nie pomoże i nie da nam radości, jest jeszcze w odwodzie trzecie - zrobić coś dla innych.




Pomóc można na wiele sposobów, niekoniecznie komuś, kogo znamy. Ale świadomość, że komuś na chwilę upiększyło się Święta, wywołało uśmiech na czyjejś twarzy - sprawia, że i serce tego, kto z pomocą pospieszył, przynajmniej na chwilę napełni się błogim i słodkim uczuciem radości.

Zakończyła się właśnie w całej Polsce akcja Szlachetna Paczka - pomocy najuboższym. W kościołach są powystawiane kosze na żywność i środki czystości. Nie chodzi o wrzucenie monety do skrzynki - ten gest jest bezosobowy i niekiedy wykonywany "na odczepnego". Nie niesie wewnętrznego ciepła. Chodzi o konkretną pomoc - pójście do sklepu, wybranie samemu mydła czy proszku do prania i oddanie temu, kto sam nie może tego zrobić. Taka bardziej osobista pomoc potrafi odmienić na chwilę cały świat i całe nasze myślenie. A przecież i sprawić frajdę darczyńcy. Obserwowałam to wśród przyjaciół i znajomych, którzy do mojego mieszkania znosili swoje podarunki, które wczoraj odjechały do rodziny, dla której były przeznaczone. Jaki błysk w oczach! Jaki uśmiech! Jakież podekscytowanie! Że sami wybrali kisiel, szampon, a może jeszcze i jeszcze coś, że tu czekoladę dla dzieci, a tu krem dla matki! A o reakcji wolontariuszy, gdy zobaczyli całość, niech już Wam opowie mój mąż. Który zazwyczaj kona na samą myśl o przedświątecznym zamieszaniu, w Wigilię gotów zasnąć o 16.00, a sama myśl o jakichkolwiek ustaleniach wywołuje u niego gęsią skórkę.

Niech on Wam opowie, jak to się stało, że po zawiezieniu pudeł i toreb, zmęczony od ich noszenia, wrócił rozpromieniony, uśmiechnięty i pełen pogody, co mu zresztą starczyło do dziś. Spytajcie skąd ten spokój w jego sercu i ciepło i serdeczność w głosie. Spytajcie...

A my, osoby lubiące wszelkie robótki ręczne, mamy też inne czarodziejskie sposoby! Robicie kwadraciki na kołderki, szydełkujecie aniołki dla bliskich, zszywacie piękne poduszki, robicie świąteczne kartki i ramki! Jakże w tym przejawia się Wasze serce - i Waszym bliskim sprawia to niezwykłą radość. Myślę, że Wam też... Dowodem na to wszelkie prezenty, które sobie wzajemnie wysyłacie, a otrzymawszy niespodzianki cieszycie się i wzruszacie.

Pamiętam do dziś atmosferę wspólnie spędzanych adwentowych wieczorów. Od kiedy wyprowadziłam się z domu, zabrałam się za kultywowanie tego zwyczaju. Wczoraj, jak w każdą sobotę Adwentu, od lat, zaprosiłam moich najmłodszych braci (7 i 10 lat) na wspólne przygotowania. Wczoraj robiliśmy kartki świąteczne, które zostaną wysłane do przyjaciół i znajomych (po co mailem? koperta i kartka w skrzynce to coś więcej niż życzenia - to dowód wielkiej pamięci; że komuś się chciało, a nie machnął do wszystkich identyczne życzenia, skopiowane z zasobów internetowych i dołożył zdjęcie biegnącego migoczącego renifera).

Chłopcy chcieli kartki "wieczorne" - na czarne kartki z bloku technicznego nakleiliśmy robione w ubiegłych latach "witrażyki", czyli czarne kształty podklejone kolorową gładką bibułą. Tak wyglądały po ukończeniu:




Ponieważ miało ich być w sumie osiem, dorobiliśmy jeszcze dwie żółte - jedną z "witrażykową" świeczką, a drugą z dzwoneczkami z wyciorów do fajek. Te kartki możecie oglądać w tekście notki.

A ja i Qrczak zrobiliśmy jeszcze "kartki specjalne". Na białym papierze odcisnęliśmy umazaną farbą rączkę Smyka. Wycięliśmy je z zapasem, po czym stały się one sukienkami aniołków, które ozdobiły świąteczne kartki. W ten sposób dalsza rodzina będzie miała pamiątki z pierwszych Świąt naszego synka. Moglibyśmy zrobić zdjęcie Smyka w czapce Mikołaja albo rogach renifera, ale dostaliśmy takie "kartki" już od tylu osób, że przestały nas bawić.



A teraz to, co od rana trzyma mnie w stanie wielkiego wzruszenia! Piekielna Owca przyznała mi odznaczenie "Blogger Heart". Nie umiem Wam powiedzieć, jak wiele to dla mnie znaczy. Owieczko, za to że pamiętałam? A jak mogłabym zapomnieć?

Teraz muszę spokojnie się w siebie wsłuchać i wyczuć, komu ja chcę powiedzieć aż tak wiele, by przyznać mu/jej "Blogger Heart". Dla mnie jest to dużo ważniejsze i piękniejsze, niż "Amazing Blog". Bo mówi o tym co istotne...




sobota, 13 grudnia 2008
Nie wiem jak to się stało, że pominęłam dwa blogi, które odwiedzam codziennie! Chodzi mianowicie o blog Frezji i blog Anek-73. Frezja dużo pisze o różnych nowościach, wydarzeniach, a Anek oprócz pięknych robótek zamieszcza wspaniałe zdjęcia z Kłodzka i nie tylko. Oprócz tego, Frezja ujęła mnie swoją dbałością o stronę językową wprowadzanych wpisów. Za jej przykładem - choć pewnie o tym nie wie - od dawna już nie używam w notkach emot-ikonek. W komentarzach owszem, bo to krótka forma wypowiedzi, ale skoro już znajduję czas, by coś napisać, to chcę udowodnić, że potrafię się wysłowić bez żargonowych sztuczek.

Specjalnie dla Was:

 

A tak mi się przypomniało, że chyba nie zamieściłam zdjęcia mojego wieńca adwentowego. Ze względów organizacyjnych musiał być w tym roku prościutki:



Już wszystkie moje niespodzianki dotarły na miejsce - do Salameandry aniołek dotarł połamany... Jestem niepocieszona...

10:58, aneladgam
Link Komentarze (6) »