| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1 procent podatku
MOJE INNE BLOGI:
MOŻESZ POMÓC!
Sklepik :)
Tu kupuję:
Tu zaglądam, to polecam:

Digi-Scrap.PL.

Tworzymy dla chorych dzieci.

niedziela, 26 stycznia 2014
poniedziałek, 20 stycznia 2014

Dziękuję wszystkim za doping!

Uświadomiłam sobie właśnie, że nie napisałam, co mnie zmotywowało do odgrzebania mojego UFO (unfinished object). A właściwie, kto mnie zmotywował. Otóż były to dwie osoby. Pierwszą z nich była pani, która odkupiła ode mnie ramę do haftu. Rama się u mnie nie sprawdziła; wygodniej wyszywa mi się, gdy trzymam kanwę w ręku, a w dodatku przerzuciłam się na małe obrazki, więc rama tylko zbierała kurz. Pani, która ją wzięła, pokazała mi kilka swoich prac... przyznam, że usiadłam z wrażenia. Jednocześnie dostałam "kopa", spłynęła na mnie ponownie chęć dokończenia anielicy.

Drugą osobą, która mnie zainspirowała, był bratanek Qrczaka. Będąc niegdyś z wizytą u rodziny, wyszywałam kaczorka Witzy (tego z żółwiami, który wylądował na poduszce Smykałki). Janek badawczo się przyglądał postępom w obrazku, zadawał dociekliwe i sensowne pytania, po czym okazało się, że połknął bakcyla! Kończy właśnie wyszywać swojego pierwszego Witzy (ambitny wybór na rozpoczęcie wyszywania!), a ja... No cóż, nie mogłam przecież rozsiewać zarazy, a samej się jej nie poddać, prawda?

Anielica ma już wałek futra u dołu sukienki. Wyszyłam go, zanim się załamałam. A czym? A tym, że zorientowałam się, iż każdy z trzech kwiatków w czterech rogach kanwy oraz każdy z czternastu kwiatków zdobiących wstęgi spływające z wieńca, ma być ozdobiony czterema węzełkami, znanymi jako "French knots"...

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!



czwartek, 16 stycznia 2014

Trzeciego grudnia zamieściłam ma blogu to zdjęcie:

 

I mimo słów zachęty, tak ten obrazek zostawiłam. Nie wiem, na co liczyłam - może na to, że sam się zrobi? Dokupiłam mulin na skrzydła, po czym spędziłam kilkanaście dni na szukaniu innej nici, tej do wypełnienia wzoru na trenie. Znalazłam ją jakoś w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia i tak naprawdę dopiero wtedy ruszyłam z pracami.

 

 

W uroczystość Trzech Króli zakończyłam zdobienie płaszcza:

 

Zaskoczona byłam tym, ile czasu mi to zajęło. Patrząc z daleka odnosiłam wrażenie, że jest tego niedużo, a jednak potrzebowałam silnego dopingu, by wzór dokończyć. Ukończywszy zaś, mogłam zabrać się za doszywanie futrzanych elementów stroju:

 

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Wiecie, oni już dość duzi są. W listopadzie Smykowi stuknęło 5,5 roku, Smykałce 3,5. Dzieciaki są śliczne i wesołe, kochają się bardzo, a mała okazała się najlepszym terapeutą dla swego brata. Aż serce rośnie, jak się ogląda ich wspólne zabawy, przy których widać, że córeczka ma wyraźne zacięcie pedagogiczne.

Ale oprócz tego, że stanowią bardzo zgrany tandem, są też dwiema zupełnie odrębnymi jednostkami, osobowościami, dwoma bezcennymi, ale jakże od siebie różnymi skarbami.

Na pamiątkę kolejnego roku z nimi przeżytego zrobiłam dwa takie obrazki (format 30x30 cm):

 


wtorek, 03 grudnia 2013

Czy ktoś ją jeszcze pamięta?
Kanwa wymięta.
Od dwóch lat nietknięta.

Jak obstawiacie, na jakim etapie poddam się tym razem?

sobota, 28 września 2013

Rzuciłam się w wir pracy z takim zapałem, że ani się zorientowałam, że wrzesień już się właściwie kończy, a ja nie pokazałam dzieła jeszcze latem ukończonego. Dzieła, ha, HA, HAAA. Z braku lepszego słowa możemy użyć tego.

W maju byliśmy całą rodziną z wizytą u szwagra. Jak to mam w zwyczaju, na wypoczynek zabrałam ze sobą gotowy zestaw do wyszywania. Tym razem znów był to kaczorek Witzy, w wersji z żółwikami. Pierwszego kaczorka wykorzystałam do ozdobienia pudełka na pamiątki z wakacji dla moich dzieci, drugi kaczorek wyszyty od półtora roku czeka, aż mnie natchnienie najdzie, a ten trzeci miał być dla bratanicy kogoś bardzo mi bliskiego.

Plany planami... a życie życiem! Przez 5 dni majowego "weekendu" nie udało mi się dokończyć nawet wszystkich krzyżyków. Później w domu zaczęłam wyszywać kontury i okazało się, że w co najmniej trzech miejscach pomyliłam się nieodwracalnie. Zniechęciłam się i do wykańczania obrazka przystąpiłam dopiero w sierpniu - znów na rodzinnym wyjeździe.

Gdy Smykałka zobaczyła wyłaniające się zarysy kaczuchy i żółwi, nie było zmiłuj. Wyczekała, aż skończę, po czym na resztę wyjazdu obrazek zaanektowała. Nosiła go ze sobą wszędzie, wtulała w niego buzię, upominała się o niego, nie chciała się z nim rozstać. Cóż było robić? Po powrocie matka wzięła się za maszynę, znalazła błękitny materiał w kwiatki i stworzyła coś, co przy odrobinie dobrej woli można uznać za poszewkę na poduszkę.

Krzywo, nieumiejętnie... I co z tego? Smykałka ją kocha!

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Ewę poznałam ponad trzydzieści lat temu. Jej mama lubi wspominać, jak to półtoraroczną dziewczynką będąc przyjechałam z rodzicami w wakacje do ich letniego domku i paromiesięczną Ewę woziłam w wózku pod sosnami. Nasze rodziny przyjaźniły się, okazji do spotkań nie brakowało. Wspólnie wyjeżdżaliśmy zimą i latem, spędzając całe dnie w górach, lasach, na śniegu czy na trawie. Razem brałyśmy udział w jasełkach, kolędowałyśmy z naszymi rodzinami, a w wakacje rozmawiałyśmy godzinami o ukochanych książkach. Gdy się nie widziałyśmy, pisywałyśmy do siebie listy. Potem przyszło liceum, studia, praca... I tak przetrwało coś, co ponoć między kobietami się nie zdarza. Trzydzieści pięknych lat we wspaniałej przyjaźni, bez kłótni, obrażania się, bez najmniejszego śladu nielojalności czy zwątpienia w tę drugą osobę. Ewa była świadkiem na moim ślubie dziesięć lat temu, została też matką chrzestną Smykałki. Łączy nas wiele wspomnień, ale też i to samo radosne spojrzenie na świat.

Nie wiem, czy czyjkolwiek ślub przeżywałam tak jak niedawny ślub Ewy. Tak bardzo chciałam stworzyć wyjątkową kartkę, oddającą wszystko to, co chciałam jej przekazać! Niestety, nadmiar uczuć mnie zablokował i znów ta moja ślubna kartka jest taka mało "ślubowata"... Dom. Ich dwoje. Miłość. W sumie... czy jest potrzebne coś więcej?

 





środa, 21 sierpnia 2013

Miały być dla Marty, ale nie trafiłam w jej gust. Zdarza się. Koniec końców trafiły do Moniki i bez fałszywej skromności mogę stwierdzić, że wyglądają na niej królewsko. Pasują do jej typu urody, jakby były dla niej specjalnie stworzone. Marta dostanie niebieskie, jak je w końcu zrobię, a Monika na razie zdobi się tymi:

czwartek, 08 sierpnia 2013

W poprzednim życiu miałam sen... Sen, w którym ktoś nazywał mnie Stokrotką. Jak większość snów i ten się rozwiał, kiedy tylko świt bezlitośnie wydobył rzeczywiste kształty świata z zamglonych niedopowiedzeń. Aby jednak nie zapomnieć snu całkowicie - piękny był i słodki - zrobiłam sobie spinkę ze stokrotką. Taką tam... nierówną, nierealistyczną i niedopracowaną. Ale kiedy wpinam ją we włosy, przez króciutką chwilę wtulam się znów w tamten sen.

 


wtorek, 23 lipca 2013

Bywa tak, że chcesz wręczyć przemyślany prezent osobie, która ceni sobie wysoki standard w wielu dziedzinach życia. Nie to, że snob. Po prostu lubi mieć rzeczy dobrej jakości. Nie po to, by innym oko zbielało czy wątroba spuchła, ale po to, by sobie to życie (w końcu kto wie, ile będziemy na tej ziemi gościć?) uprzyjemnić. Ad rem: przemyśliwujesz nad prezentem, wybierasz coś - mniej więcej - odpowiedniego, a w domu się okazuje, że jedyne opakowanie, jakim dysponujesz, to pudełko po butach.

No i śliczne kieliszki do martini wylądowały w pudełku po butach:






Mimo niedoróbek sposób zapakowania wywołał zachwyt. Jak będę mieć okazję, to sfotografuję i wnętrze, bo byłam tak przejęta, że na to nie wpadłam.

14:50, aneladgam , PUDEŁKA
Link Komentarze (8) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 73