| < Kwiecień 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
Zakładki:
1 procent podatku
MOJE INNE BLOGI:
MOŻESZ POMÓC!
Sklepik :)
Tu kupuję:
Tu zaglądam, to polecam:

Digi-Scrap.PL.

Tworzymy dla chorych dzieci.

niedziela, 12 października 2008
W swoim życiu wykonałam trzy "białe szatki" - dla "swoich" i dla "cudzych" dzieci. A każda z nich to oddzielna przygoda.

Pierwsza, której zdjęcia niestety nie mam, to szatka mojej pierwszej i póki co jedynej chrzestnej córeczki. Kiedy dowiedziałam się, że mam zostać chrzestną, rzuciłam się przeglądać oferty z "białymi szatkami", bo wszak to matka chrzestna ma taką zdobyć. Cóż... piany falbanek, tiulów, koronek kompletnie nie przypadły mi do gustu, a urocze proste alby i komeżki z kolei kiepsko pełnią swoją funkcję. Podczas chrztu dziecko ma przecież zostać tylko taką "szatką" przykryte, a alby się nakłada jak ubranko, co mija się z celem - żadne inne ubranie się pod tym nie zmieści.


Postanowiłam połączyć wówczas jedno z drugim i uszyć samej białą sukieneczkę niemożliwą do założenia (nie rozpinaną), tak żeby nikt nie próbował podczas chrztu walczyć z wyrywającym się dziewczęciem. Sukieneczka w zamyśle miała być prosta, za to przód jej zdobił zaprojektowany przeze mnie haft. Obrazek przedstawiał stylizowanego aniołka trzymającego w dłoniach różę (w nawiązaniu do imienia mojej kochanej Rózi). Wyszyłam go srebrną nitką (kolor, który często zdobi ornaty, więc uznałam go za akceptowalny w liturgii), drobniutkim ściegiem łańcuszkowym. Całość zaś uszyłam ręcznie, bo oczywiście na maszynie wtedy jeszcze szyć nie potrafiłam. Pamiętam z jakim rozrzewnieniem obrębiałam maluśki dekolcik...
Może chociaż wzór haftu uda mi się jeszcze znaleźć, to zamieszczę :)


Drugą "białą szatkę" przygotowałam na chrzest mojego własnego synka. Chciałam, żeby Smyk miał wyszyte imiona i datę chrztu, więc polegając tylko na sobie wzięłam sprawy w swoje ręce. Z tego co się zorientowałam, matka chrzestna nawet była zadowolona z takiego obrotu sprawy :)

Tym razem zdecydowałam się na szatkę kwadratową, po prostu w kształcie chusteczki (chodził mi po głowie jeszcze kształt serca, ale ponieważ całą uroczystość przygotowaliśmy w prostocie, więc i tu nie chciałam szarżować). Ołówkiem zaznaczyłam napis, ciemnoniebieską muliną wyszyłam go ściegiem za igłą, po czym dwa tygodnie zeszły mi na pogrubianiu napisu ściegiem ... hm... płaskim? Chyba tak się to nazywa. Długo to trwało, ale Smyk był chrzczony w szóstym tygodniu życia, więc i tak się cieszę, że z noworodkiem w domu udało mi się zdążyć :) Na koniec tu i ówdzie dodałam refleks srebrnej nitki.
Innych ozdób nie chcieliśmy z Qrczakiem, miała to być taka "męska w charakterze" szatka. Całą szatkę obrębiłam własnoręcznie, gdyż w stanie "baby bluesa" nie potrafiłam zmusić się do nauki szycia na maszynie, pomimo że czas miałam.

Efekt:



A trzecia i ostatnia na razie szatka powstała w dwa dni (czyżbym dochodziła do wprawy? :-D). Moja mama została dziś chrzestną czteromiesięcznej dziewczynki. Podjęłam się przygotowania dla niej szatki - i miałam za swoje. Dlaczego? Jak zapewne pamiętacie, obrębiając łaty na węża, zastosowałam po raz pierwszy maszynę do szycia. Zatem ponoć już umiałam się nią posłużyć. Kiedy w piątek wieczorem wycięłam kwadrat białego materiału (ta forma bardzo mi się spodobała), Qrczak zarządził, żebym obrębiła ją na maszynie. Że niby tak będzie szybciej.

Dramat.

Problem polegał na tym, że materiał był śliski i nieposłuszny, rozwijał się wtedy, kiedy chciał, podłożone fragmenty wymykały się nici, miejsca podwójnego założenia to było zbyt wielkie wyzwanie dla nitki, która raczyła zawsze pęknąć... Innymi słowy, nie było to zadanie dla początkującej. Po zużytych trzech egzemplarzach, wylanym hektolitrze łez (wolałam nie kląć, zważywszy cel przygotowań) i spektakularnym podłamaniu się, stwierdziłam, że obrębię jakkolwiek, byleby było, a potem będę sprawę ratować. W tym jestem dobra.

Kwadrat został obrębiony, nad czym walczyłam do 23 (potem w nagrodę dostałam Redd'sa jabłkowego ;)). Od razu też zaznaczyłam napis. A właśnie! Imię księżniczka ma dość długie. Coś mnie tknęło zapytać jej mamę, czy przypadkiem nie ma drugiego... Otóż ma. Też długie :) W sumie 19 liter! Poprawiłam napis, data ledwie mi się zmieściła, no i niestety zrezygnowałam z wymyślnego ściegu, bo zwyczajnie bym nie zdążyła. Kupiłam satynowy fioletowy kordonek (różowego nie akceptuję) i wieczorem w sobotę wyszyłam napis ściegiem łańcuszkowym (przy okazji okazało się, że na tamborku wyszywanie łańcuszkiem jest niemożliwe). Oczywiście śliska satynowa nić na śliskim materiale zachowywała się jak chciała, dużo mnie kosztowało opanowanie jej wrednego charakteru. A że cały dzień świętowaliśmy imieniny Qrczaka (nadal), starczyło mi sił i mięśni karku tylko na imiona. Datę wyszywałam dziś rano.

Ale co już w piątek wiedziałam, że będzie wyzwaniem, to sprawienie, żeby ta szatka w ogóle nadawała się do pokazania ludziom. Przecież po moim obrębianiu rogi szatki wyglądały jak przeżute. Przez coś niedelikatnego. Generalnie prasowanie dobrze mi robi na myślenie, więc po przeprasowaniu kilku ubranek Smyka rozwiązanie było gotowe: kupię białe materiałowe róże i naszyję je w rogach. To był ten moment, kiedy ponownie włączyłam maszynę i dokończyłam obrębianie, przerwane w szale wściekłości, że nic nie potrafię.

Z róż koniec końców zrezygnowałam, zrobiłam małe kokardki z białej wstążki i naszyłam je w rogach - to rozwiązanie wydało mi się gustowniejsze niż wielkie róże.

Zresztą, efekt:



sobota, 11 października 2008
Był 20 lat temu. Mały, plastikowy. Mama próbowała na nim nauczyć mnie wyszywania. Szybko się połamał, a Mamy zapał złamał się jeszcze wcześniej. Potem przez wszystkie lata wyszywałam bez tamborka. Do głowy mi nie przyszło brać jeszcze jakieś dodatkowe ustrojstwo do ręki, skoro i bez niego rzecz się czasem komplikuje.
Ale ostatnio moje haftowanie nabrało może nie tyle tempa, co ilości, co zaowocowało koszmarnym bólem nadgarstka. Przy zmianie położenia ręki zdarza mi się zawyć z bólu, utrzymanie dziecka pod kranem graniczy z cudem, przewijam właściwie jedną ręką... Skusiłam się zatem znów na tamborek, w nadziei, że trochę ten ból zelżeje. Póki co jestem zdumiona, o wiele łatwiej się wyszywa!
Dorosła baba a głupia... ;)
czwartek, 09 października 2008
Tyle czasu zajęło mi ukończenie choinki. Zdębiałam, że tak długo. Dopiero wczoraj o 22:55 postawiłam ostatni krzyżyk. Dziś wyprałam i wyprasowałam choinkę, jak Smyk zaśnie (a coś się dzisiaj nie zanosi), to przystąpię wreszcie do tego, do czego została przeznaczona. Trochę jeszcze pracy mnie z tym czeka, ale mam nadzieję, że efekt mnie zadowoli :)

Jak Wy to zrobiłyście, że już dawno ją skończyłyście?
wtorek, 07 października 2008
Jeśli tak, to właśnie wykonałam robótkę ręczną :) Przez ostatnie trzy dni nie mogłam wyszywać z powodu koszmarnego bólu nadgarstka. Dziś już nie boli, więc jest szansa, że skończę choinkę konkursową, co mnie cieszy, bo podzespoły do wykończenia i wykorzystania już są. I wołają głośno o uwagę.

A, o cieście mówiłam... No więc w ramach rozluźniania nadgarstka ukręciłam maślaną puchatkę z owocami. W kuchni cieplutko, w całym domu pachnie truskawkami, Smyczątko kibicowało usadzone w bujaczku w kuchni, a przed nami podróż przez całe zadeszczone miasto do pracy do Qrczaka. Qrczak ma dziś imieniny i puchatka jest prezentem-niespodzianką dla niego. I Smyk po raz pierwszy odwiedzi tatę w pracy, emocje się szykują... Póki co kawka zbożowa i odwiedziny na Waszych blogach skutecznie każą mi zapomnieć o tym paskudztwie za oknem :)

Oto ciasto (niestety, zapachu nie jestem w stanie skopiować):


piątek, 03 października 2008
Po tygodniach zmagań, wczoraj wyjęłam fastrygę z jesiennej torebki! Jeszcze tylko dorobię ramiączka i, jak większość moich "dzieł", pójdzie w świat.

Na blogu na razie zdjęcia nie zamieszczam, bo prawo pierwowglądu ma Tofik_82 :-) Ale będzie i zdjęcie, będzie :)
13:44, aneladgam , TOREBKI
Link Komentarze (3) »
środa, 01 października 2008
Tak moja siostra nienawidząca wszystkiego co oślizgłe, nazywała ślimaki, zwłaszcza te takie piękne pomarańczowe bez skorup, wypełzające po deszczach. Szlemole. No niech jej będzie.

Ja tam zawsze lubiłam ładny rysunek muszli ślimaczych.

W bardzo zaawansowanej ciąży, kiedy już Smyk za bardzo w nocy nie dawał spać, bo uważał, że to genialny moment na trenowanie biegów/piłki nożnej/rzutu oszczepem, szukałam uspokojenia na przedporodowy stres w szydełku. I tak którejś nocy, kiedy trochę mnie już znudziły ośmiornice, wzięłam dwa kolory włóczki, które mi po ośmiornicach zostały i tak jakoś moje palce jak zwykle bez mojej wiedzy wyprodukowały coś takiego:



I od razu poczułam się spokojniejsza, to jedna z tych robótek, do których nie potrzebuję wzorów, tylko cała naprzód.


Bardzo byłam zaszczycona, kiedy jeden z moich ulubionych serwisów, Kura Domowa, zamieścił mój wzór zarówno na ślimaczki, jak i na ośmiorniczki. Jeśli ktoś ma ochotę, to zachęcam do spróbowania :)


niedziela, 28 września 2008
Dość dziwnie wyszywa się choinkę, kiedy za oknem promienne ciepłe słońce. A już szczególnie kontrastuje z pogodą wersja i styl choinki przeze mnie wybrane. Nie szkodzi :) Krzyżyków przybywa, dwie dolne gałązki gotowe.

Co za szczęście, że im bliżej czubka, tym drzewko jest węższe!
sobota, 27 września 2008
Kilka(naście?) lat temu babcia, która słynie z wręczania nietrafionych prezentów, podarowała mi materiał na obrus. Kremowe płótno, o ścisłym splocie, rozmiaru do przykrycia mniej więcej dwóch kanap. Nie zachęciło mnie to bynajmniej do wyszywania. Dajcie spokój, tyle metrów kwadratowych, jasna, niczym nie wypełniona przestrzeń i kompletny brak pomysłów na wzór...

W rezultacie materiał leżał sobie bezużytecznie, a ja przy kolejnych przeprowadzkach wciąż musiałam przekonywać męża, że to się naprawdę jeszcze przyda. Myślicie, że mi wierzył? Akurat.


 
Aż pewnego dnia, w zaawansowanej ciąży będąc, na stronie Kury Domowej zobaczyłam śliczną małą torebkę zszytą z szydełkowych kwadratów. Pomyślałam, że równie ciekawie może wyglądać podobny patchwork z płótna haftowanego w jakiś gustowny wzorek. I dokonałam barbarzyństwa - "napoczęłam" płótno od babci. Trudno, pomyślałam, najwyżej domniemany obrus, o ile się kiedyś za niego zabiorę, będzie mniejszy i nie przykryje dwóch kanap, a zaledwie stół. Wycięłam 13 kwadratów i zaczęłam wyszywać na nich wzorek. Szło topornie, bo nie znoszę powtarzalności i po pierwszej euforii i zachwycie, że powstaje coś ładnego, zwyczajnie zaczęłam się nudzić. Ale - jakby na ironię - zamiast irytować, bardzo mnie to uspokajało, bo gdy wyszywałam, wyciszało się dziecko i nie kopało tak okropnie po żebrach, jak w innych momentach.


Każdy kwadrat został ozdobiony krzyżykowym kwiatkiem w jednym z dwóch odcieni niebieskiego, do tego listki w jednym z dwóch odcieni zieleni, a dla podkreślenia konturów i "dopieszczenia" wzoru - ściegiem za igłą.

To był najpiękniejszy kwiecień i maj jakie pamiętam. Gdybym wykończyła torebkę na czas, pewnie cieszyłabym się nią całe lato, bo taki letni "dizajn" właśnie posiada. Jeden z kwadratów wyszywałam wręcz w dniu porodu - nie wiedząc, że już od kilku godzin rodzę.


Cóż. Nie dokończyłam jej na czas, bo jak się Smyk urodził to czasu na wyszywanie znaleźć nie mogłam. Ale jakoś udało mi się dokończyć wzorki. Potem zrobiłam szydełkiem uchwyty (szydełkowałam podczas karmienia - Smyk na poduszce do karmienia, kordonek na stoliku obok i dawaj).

Kolejna długa przerwa spowodowana była moją niechęcią do zabrania się za zszywanie kwadratów - wszak musiałam zszyć je ręcznie, jako że na maszynie kompletnie wówczas jeszcze szyć nie umiałam. A zatem znów powtarzalność, grrr. Jednak sam proces zszywania, jak się już za to zabrałam, był dużo przyjemniejszy, niż się spodziewałam, wspaniałe miałam wrażenie, gdy patrzyłam jak torebka powoli nabiera kształtu. Skończyłam ją bardzo późnym latem :) Doszyłam niebieski koralik w kształcie różyczki jako zapięcie. Całość ciut nie pasuje do pory roku...



20:34, aneladgam , TOREBKI
Link Komentarze (5) »
czwartek, 25 września 2008
Jak widać dwie notki niżej, bratków na poduszce przybywa powolutku, ale przybywa. W tym tempie powinnam zdążyć ;)

Jednocześnie robię konkursową choinkę, to znaczy mam już stojaczek i jedną gałązkę. Ale te dwie robótki fajnie się robi na przemian, bo jedna jest kolorowa, a druga "monochromatyczna", jedna na sztywnym płótnie, druga na delikatnej kanwie. Tak więc miło się zmienia warsztat, mniej więcej co półtorej doby.

A i tak mogę wyszywać tylko jak moje czteromiesięczne Smyczątko śpi...
wtorek, 23 września 2008
Dzisiaj przyszły moje ukochane, wymarzone, zamówione kanwy. Różne, piękne, inspirujące. I nie ma zmiłuj, zabieram się za konkursową choinkę pani Małgosi :) Już kawałek musiałam spruć, bo dwunitkowa mulina jednak tak sobie wyglądała przy wybranej przeze mnie kanwie i wyszywam trzynitkową. A co to będzie? Zobaczycie 15 października...