Digi-Scrap.PL.

Tworzymy dla chorych dzieci.

Blog > Komentarze do wpisu

Jako wąż i nie-wąż

Historia powstania tej zabawki sięga czasów niemal zamierzchłych. Moja o trzy lata młodsza siostrzyczka, kiedy była jeszcze zupełnie malutka, dostała od mamy wielkiego, naprawdę wielkiego węża. Wtedy nie było jeszcze tych Ikeowskich maskotek, mama jednakże posiadała maszynę dziewiarską i na niej to pracowicie wydziergała kwadraty, z których zszyty został wąż. Wążol. Wążysko. Nawiasem mówiąc, do dziś dnia Ula brzydzi się węży i wszystkiego, co się wije. Ja zresztą też. Kilka lat temu w Walentynki mąż zabrał mnie i naszą przyjaciółkę do Zoo - uparli się wejść do terrarium, co skończyło się tym, że musieli mnie wziąć pod ręce i prowadzić, bo za skarby świata nie chciałam otworzyć oczu. Hehe.

Nie wiem, co mnie w takim razie kopnęło (czyt. natchnęło), żeby dla mojego bąbla również zrobić węża. Nie aż tak gigantycznego, jak Tamten, ale jednak swoje ma. W każdym razie doszłam któregoś poranka do wniosku, że dziecka nie da się wychować bez fajnego, mięciutkiego węża.


Po zimie, jak zwykle aktywnie przeze mnie spędzonej, zorientowałam się, że w czterech z pięciu par moich ukochanych podkolanówek, cieplusich, miękkich i kolorowych, pojawiły się dziury w palcach przynajmniej jednej skarpetki. Zderzyły się we mnie dwa silne uczucia, wypadkowa czasów, które tak dobrze pamiętam oraz czasów, które tak silnie dziś pukają do drzwi i okien. Innymi słowy: "niczego nie wyrzucać, bo przydasię" oraz "bez sensu to cerować, skoro są wszędzie do kupienia". I tak sobie leżały i leżały, aż w ostatni piątek zawzięłam się.

Mam pewną cechę typową dla kilkuletnich dzieci - im bardziej jestem zmęczona, tym za więcej rzeczy się zabieram. Piątek był ostatnim dniem mojego pierwszego tygodnia w pracy po powrocie z macierzyńskiego. Możecie mi wierzyć, słaniałam się na nogach. Naturalną koleją rzeczy, zaczęłam segregować ubrania w szafach, sprzątać, a także realizować porozpoczynane w stu miejscach projekty. Dla podkolanówek wybiła ostatnia godzina.

Stopy odcięte były już dawno, pozostała kwestia zszycia i wypchania kolejnych segmentów. W sobotę w południe ten etap był już zamknięty. Ale żeby było mało, uparłam się doszyć głowę z wyszytymi oczami i gębulą (jakoś naklejane mnie nie satysfakcjonowały) i na całej długości ogona ponaszywać łaty w różnych kolorach i różnej faktury. Niech dzieciak ma za co szarpać.

No i te łaty... Mili moi, majstersztyk. Wyciągnęłam do tej pory nie używaną maszynę do szycia, którą dostałam 2 lata temu pod choinkę. Stała sobie w kanciapie, bo nie miałam odwagi jej użyć. Ale doszłam do wniosku, że łaty to jest na tyle nieszkodliwa sprawa, że mogę na nich się zacząć wprawiać :) Mąż poparł stanowisko i wspólnie zaczęliśmy rozgryzać instrukcję obsługi. Skończyło się na tym, że szyć na maszynie nauczył się najpierw mąż, potem on nauczył mnie, zaczęłam obrębiać łaty, a mąż naszywał je ręcznie na węża :)

Efekt:




czwartek, 18 września 2008, aneladgam

Polecane wpisy